Dziś, 10 lutego, gdyby był z nami skończyłby 50 lat. Cliff nigdy o Tobie nie zapomnimy!
Overkill.pl
Fragment książki Enter Night Micka Walla:
Clifford Lee Burton urodził się 10 lutego 1962 roku. Jego ojciec Ray pochodził z Tennessee, ale wówczas pracował w Bay Area jako Asystent Inżyniera ds. Budowy Autostrad. Jego żona Jan pochodziła z Północnej Kalifornii i zarabiała na życie pracą nauczycielki w okręgowej szkole w Castro Valley. Jej podopiecznymi byli uczniowie niepełnosprawni i wymagający specjalnej opieki. Mały Clifford był ich trzecim i ostatnim dzieckiem, miał jeszcze brata Scotta Davida i siostrę Connie. Gdy Cliff miał trzynaście lat, Scott zmarł na tętniaka mózgu w pędzącej karetce, która wiozła go do szpitala. Straszliwa tragedia rodzinna wywarła ogromne piętno na nastoletnim Cliffie. Śmierć brata uzmysłowiła mu, że nie warto trwonić życia na to, aby na siłę uszczęśliwiać ludzi. Życie jest krótkie, a dzień jest długi. Jeśli masz coś zrobić, zrób to dziś, nie jutro, bo ono może już nigdy nie nadejść.
„Po śmierci brata” Cliff na poważnie zajął się muzyką i zaczął brać lekcje, jak wspominała potem jego matka Jan. Mówił wszystkim, „Będę najlepszym basistą, to dla mojego brata”. Jan, „oniemiałam z wrażenia, bo żadne z dzieciaków w naszej rodzinie nie wykazywało talentów muzycznych”. Cliff brał lekcje „na bulwarze przez około rok, aż całkowicie przerósł umiejętnościami swojego nauczyciela. Poszedł więc uczyć się do kogoś innego, co trwało kilka lat, ale znowu było podobnie – również okazał się lepszy”. Największy wpływ na jego edukację miał szkolny nauczyciel Steve Doherty, który „okazał się świetnym basistą jazzowym, świetnym muzykiem. To on zainspirował Cliffa muzyką Bacha, Beethovena czy muzyką barokową i sprawił, że nauczył się czytać nuty i podobne rzeczy”. Ostatecznie Cliff okazał się lepszy nawet od samego Doherty’ego, jednak wcześniej na dobre wciągnął go Bach. „On naprawdę siadał, analizował i grał Bacha”, opowiadała Jan. „Uwielbiał go”.
W 1987 roku Harald Oimoen, stary przyjaciel Cliffa, fotograf i dziennikarz metalowy znany w Bay Area jako Harald O., spędził cały wieczór przeprowadzając wywiad z Jan i Ray’em w ich mieszkaniu w Castro Valley – to jedyny raz, gdy para otwarcie mówiła o swoim synu. Dzięki uprzejmości Haralda, mogłem wykorzystać ten wywiad w niniejszej książce. W rozmowie Jan opisuje Cliffa jako „bardzo cichego” i „normalnego” człowieka, z wyjątkiem jego uporczywej chęci „przebywania z samym sobą”, którą wykazywał już od najmłodszych lat. „Nudziło go” bawienie się z dziećmi na podwórku. Cliff wolał własne towarzystwo w domu, gdzie czytał książki i grał muzykę. „Nawet, gdy był jeszcze mały, słuchał swojej muzyki i czytał to, co sam wybrał. Był miłośnikiem książek, a do tego bardzo bystrym chłopcem. W trzeciej klasie został poddany testom i okazało się, że jego umiejętności postrzegania są rozwinięte w stopniu przypisywanym szesnasto- czy siedemnastolatkom”. Ray dodał, że jedynym ich zmartwieniem, jako rodziców, był fakt, że zaczął on chodzić dopiero przed swoimi drugimi urodzinami. „Ale lekarz powiedział, ‘Wszystko z nim w porządku. Po prostu jest wystarczająco cwany i wie, że mama i tata będą go wszędzie nosić’”. Zaśmiał się.
Muzykalny – zaczął pobrzękiwać na pianinie rodziców, gdy miał zaledwie sześć lat – Cliff był cichym, pilnym, młodym chłopcem, dobrze radzącym sobie z wieloma rzeczami, choć nigdy się nie popisywał. Miał też swoją drugą, typowo upartą naturę Wodnika. Już jako mały chłopiec wiedział, co może, a czego nie może zaakceptować – nikt nie mógł przekonać go, aby zrobił coś inaczej. Jan wspominała, „Zawsze był lubiany i miał wielu kolegów. Był bardzo miłym i grzecznym dzieckiem, ale zawsze chodził własnymi drogami”. Grając w Małej Lidze koszykówki w zespole Castro Valley Auto House dał się poznać jako dobry napastnik, jak na chłopca jego wzrostu. Później, w czasach gimnazjum Earl Warren, a następnie w szkole średniej Castro Valley High School, weekendami pracował w wypożyczalni sprzętu o nazwie Castro Valley Rentals, gdzie starsi pracownicy nazywali go Kowbojem, bo zawsze upierał się, aby zakładać tani, słomkowy kapelusz (z drugiej strony albo by go nosił, albo musiałby obciąć swoje cenne włosy, czego Cliff nie zrobiłby za żadną cenę).
Cliff miał czternaście lat, gdy zaczął grywać ze swoim pierwszym, na wpół oficjalnym zespołem o nazwie EZ Street. Nazwa została zaczerpnięta ze speluny w San Mateo. W późniejszym okresie Cliff opisywał muzykę graną przez EZ Street jako „dość głupawą, w zasadzie... wiele coverów, ogólnie nędza”, jak opowiadał Haraldowi. Choć zespół grywał często w International Cafe niedaleko Berkeley, było to niewiele znaczące doświadczenie w życiu nastolatka. W EZ Street występował także gitarzysta Jim Martin – wizualnie i osobowościowo stanowił coś w rodzaju połączenia wychodzącej poza ramy, twórczej muzycznie osobowości Cliffa i surowego, pionierskiego charakteru Jamesa Hetfielda – który pod koniec lat osiemdziesiątych stał się muzycznym filarem Faith No More. Według Martina: „Większość z tego, co obserwujesz na scenie koncertów rockowych, bez względu na to czy mówimy tu o koncertach thrash metalowych, czy klubach hiphopowych to fantazja. A Cliff był prawdziwy. Nie udawał kogoś innego, aby tylko znaleźć się w zespole, on po prostu taki był. Nie udawał żadnej gwiazdy. Był po prostu jednym z nich”.
Gdy Cliff kończył szkołę średnią w 1980 roku był człowiekiem o w pełni ukształtowanym charakterze: nosił dzwony, jeansowe stroje, czytał H.P. Lovecrafta, grał na pianinie, był domatorem, który lubił piwo i meksykańską kuchnię, uwielbiał też trawę i kwas. Niezależny wolnomyśliciel, który jeździł poobijanym VW kombi z 1972 roku – którego nazywał Grasshopper (przyp. tłum. Konik Polny) – i w którym lubił puszczać kasety z nagranymi koncertami Lynyrd Skynyrd pomieszane z kantatami Bacha. Jego ulubioną rozrywką były spotkania z przyjaciółmi Jimem Martinem i Davem Donato, łowienie ryb i polowanie albo po prostu siedzenie, palenie trawy i granie w Dungeons & Dragons do białego rana. „Siedział całą noc i późno kładł się spać”, wspomina Jan. Dave i Jim często byli z nim. W środku nocy Cliff przygotowywał im omlety, aby zabić głód po paleniu trawy. „Uwielbiał gotować”, wspomina Jan, „(ale) rzadko nas budził. Był wyjątkowo troskliwy i liczył się z innymi”. Ale był również szczery do bólu. „Czasem myślałeś sobie, ‘Kurde Cliff, gdybyś tylko nie był taki szczery’. Dla niego nie istniały żadne malutkie kłamstewka, a to czasami potrafiło wprawić człowieka w zakłopotanie”, śmiała się (Jan). „Kiedyś o tym rozmawialiśmy, a on powiedział, ‘Nie muszę nikogo okłamywać. Nie chcę kłamać’. I tak właśnie czuł. Boże, myślę, że niczego bardziej nienawidził niż kłamstwa. Dlatego tak ważne dla niego było, aby pozostać sobą”.
Po dostaniu się do Chabot College w niedalekim Hayward Cliff studiował muzykę klasyczną i teorię. Ponownie obracał się w towarzystwie Jima Martina, który również zapisał się na tą samą uczelnię. Obaj założyli instrumentalne trio, które nazwali Agents of Misfortune – to krótkie przedsięwzięcie dało Cliffowi możliwość, po raz pierwszy, podjęcia próby włączenia harmonii do swojego grania na basie – co stanowiło część jego studiów – oraz improwizowania ze zniekształceniem, trikiem, którego nauczył się od Lemmy’ego z Motörhead. Jim Martin dał się ponieść nastrojowi wykorzystując smyczek skrzypiec Pendereckiego, był to ten z jego talentów, który po cichu porzucił, zanim dopadła go sława w Faith No More. Wzięli udział w corocznym konkursie Battle of the Bands organizowanym przez Hayward Area Recreation Department w 1981 roku, a ich przesłuchanie zostało nagrane i do dziś można je znaleźć na YouTube. To świetny materiał, nie tylko dlatego, że na scenie pojawia się Burton, który później stał się sławny w zespole Metallica. Jeżeli wsłuchasz się dokładnie, usłyszysz motywy dwóch utworów, które później kojarzono najczęściej z tym, co zrobił w Metallice: wczesna, wydłużona solówka basowa zatytułowana „(Anesthesia) Pulling Teeth” i ostre, przenikliwe intro do kawałka, który przez wiele lat był podstawą repertuaru wykonywanego podczas koncertów, mianowicie „For Whom the Bell Tolls”.
W 1982 roku Cliff stał się członkiem zespołu Trauma, znanym dobrze w Bay Area po części z ich częstego grania, choć dziś większość pamięta jedynie ich teatralność. Istnieje świetne wideo zachowane w klimacie teatralnego przedstawienia, które także można znaleźć na YouTube. Widać na nim dziewczynę o ciemnych włosach przywiązaną do krzyża oraz blondynkę poświęcaną na ołtarzu, gdy zespół gra pośród lecącego z dmuchawek suchego lodu. Piosenkarz stoi za swoją ofiarą, a następnie wymachuje nad jej ciałem srebrnym sztyletem, śpiewając o tym, iż jest „czarnoksiężnikiem nocy”. W końcu odwrócony do góry nogami i umieszczony tuż za Cliffem krzyż staje w ogniu – tego rodzaju wideo nawet jak na rok 1982 wydaje się okropnie nietrafione, a sam Cliff w swoich ciuchach i zupełnie nieświadomym wywijaniu głową całkowicie odstaje od pozostałych członków zespołu. Jego bas jest pełen niepotrzebnych, ale robiących wrażenie, dziwnych, jazzowych rytmów i psychodelicznych dźwięków.
Ćwicząc średnio cztery do sześciu godzin dziennie, każdego dnia, nawet po przejściu do Metalliki, filozofia muzyczna Cliffa zawierała się w słowach wypowiedzianych przez jego matkę Jan: „Jest gdzieś ktoś, w jakimś garażu, kto jeszcze nie został odkryty i kto jest lepszy od ciebie”. Taki miał zwyczaj, którego się trzymał do dnia, w którym zginął. Oczywiście, że traktował swoją muzykę poważniej niż cokolwiek innego. Więc kiedy porzucił swoje studia klasyczne, aby na dobre związać się z Metalliką, rodzice stanęli po jego stronie. Ray przyznał, że muzyka, na której koncentrował się teraz jego syn „nie była tym gatunkiem, który chciałbym, aby grał, ale on tego pragnął. Więc życzyłem mu wszystkiego, co najlepsze”. Jan jednak odpowiedziała bardziej wymijająco. „Nie obchodziło mnie, jaki rodzaj muzyki wybrał, jeśli tylko był dobry w tym co robił. Fakt, że był to heavy metal, był dla mnie w pewnym sensie ekscytujący. Wolałam to niż jakieś popowe la-di-da czy muzykę country. Wszystko co robił, różniło się od naszego życia, więc dlatego było to takie ciekawe”. Ray pamiętał, jak Cliff oznajmił mu, „zamierzam zarabiać na życie będąc muzykiem”. I tak zrobił. Jednak ustalili mu cel, do którego miał dążyć. W rozmowie Jan ujawniła, „Nigdy nie widziałam, aby ten chłopak zrezygnował z czegokolwiek lub kogokolwiek. Więc wiedziałam, że jeżeli powie, że coś zrobi, to na sto dziesięć procent tak będzie”. Jednak, „Mówiliśmy mu, ‘OK, dajemy ci cztery lata. Będziemy płacić za wynajem i za jedzenie. Ale po tych czterech latach, jeśli nie zauważymy choćby małego czy umiarkowanego postępu, jeśli po prostu to do niczego nie prowadzi i nie ma szans, abyś mógł z tego wyżyć, wówczas znajdziesz sobie pracę i zajmiesz się czymś innym’”. A potem dodała, „Odpowiedział mi, ‘W porządku’”.