W
I
Ę
C
E
J

«

N
E
W
S
Ó
W
Kirk Hammett: rozmowa o albumie 72 Seasons [So What!]
dodane 02.05.2023 11:38:35 przez: Dudrix
wyświetleń: 2965
Na oficjalnej stronie Metalliki został opublikowany obszerny wywiad z Kirkiem Hammettem przeprowadzony przez Steffana Chiraziego. Jest to kolejny wywiad po Jamesie i Robie. Zapraszamy do zapoznania się z całością tłumaczenia pogawędki oraz z nagraniem wywiadu na potrzeby YouTube.






tekst: Steffan Chirazi


Kiedy Kirk Hammett wchodzi do HQ – opalony z rozwianym włosem – ma przy sobie małą akustyczną gitarę. Ten skurczybyk o aparycji Benjamina Buttona (wystarczy popatrzeć na Kirka z wczesnych lat 90, i zaraz potem na olśniewającą wizję zdrowia i ponadczasowości, którą dziś epatuje) odkłada swoją torbę, siada na krześle i natychmiast zaczyna grać. Jego ubiór zdobi mnóstwo potworów. Uśmiecha się. Na stole ląduje cappuccino. To wszystko jest podstawą głębokiej, otwierającej oczy i ostatecznie zabawnej rozmowy. Moim zdaniem Kirk świetnie się obronił, czego byłem świadkiem.

Mam wrażenie, że ludzie czasami zapominają o tym, jakim katalizatorem w świcie rocka jest Kirk Hammett. On wydaje się łączyć ze wszystkimi: od Kurta Cobaina, przez Bowiego, po Eltona Johna. Kirk jest w zasadzie takim Kevinem Baconem z Bay Area, chociaż tutaj stopnie są raczej dwa niż sześć (o liczbie Bacona poczytacie tutaj. I to właśnie Kirk znajduje gości pokroju Pete’a Townshenda, by od czasu do czasu uciąć sobie pogawędkę. Często może się wydawać, że Kirk pozwolił na to, by odpryski niepewności podcięły mu skrzydła, ale nie dziś. Ten gość promienieje! To przyjemność, móc go obserwować. Ta pozytywna energia płynąca z optymizmu Hammetta jest całkowicie zaraźliwa, jak sami zresztą przeczytacie (albo obejrzycie nagranie dzięki ciężkiej pracy Bretta Murraya).



SC: Więc… marzec 2020. Zespół miał wymuszoną przerwę z powodu odwyku Jamesa, następnie zaczęła się pandemia. O czym myślałeś wtedy? Jaki miałeś stosunek wobec zespołu?

KH: Będąc w pełni szczerym, czułem się trochę jak za czasów kręcenia Some Kind of Monster. Za każdym razem gdy doświadczamy czegoś co zmienia życie, porusza nas, trzeba zaakceptować, że nie wiadomo, co się stanie, gdy ta osoba wróci. Nie wiemy, jak cały ten proces ich zmieni. Więc, gdy James wrócił na odwyk, a potem uderzył COVID, to był podwójny cios! Przyszłość wydawała się bardzo, bardzo ponura.

Nie chciałem po prostu siedzieć na tyłku i rozmyślać albo ulec czemuś co było zupełnie nie do przewidzenia. Nie chciałem siedzieć, rozmyślać i zadawać pytania, na które wiedziałem, że i tak nie ma odpowiedzi. Tak więc, zwróciłem się do mojego na zabój, Roba Trujillo. Mój partner muzyczny i bratnia dusza. Mieliśmy długą rozmowę i postanowiliśmy, że cokolwiek się wydarzy… będziemy po prostu, kurwa, pozostawać w kontakcie z tym wszystkim. Rozumiemy się na wielu płaszczyznach: muzycznie, prywatnie, surfing, wiele różnych płaszczyzn. Mieliśmy długą rozmowę, jakieś 45 minut, na sam koniec powiedział: Kirk, to właśnie zrobię. Będę myślał pozytywnie i będę tworzył; ty powinieneś zrobić dokładnie to samo! Pomyślałem sobie, że to brzmi tak łatwo, ale zarazem pięknie, więc postanowiłem tak zrobić. Byłem pozytywnie nastawiony, wiesz? Oznaczało to dla mnie, że każdego dnia brałem gitarę do ręki. Grałem na niej pisząc muzykę na przyszłość. To bardzo pozytywny rodzaj ćwiczenia, na którym mogę polegać, potrafi doprowadzić mnie do dobrego miejsca za każdym razem, był to mój sposób za dzieciaka. Wtedy nie wiedziałem jak radzić sobie z pewnymi rzeczami, więc łapałem za gitarę i nagle czułem się lepiej.

No więc, usiadłem i tak zrobiłem. Napisałem tonę materiału, który ostatecznie trafił na ten album. Wiele z niego trafiło też na mój solowy album. Wiele z niego wciąż mam… i myślę sobie „co ja z nim zrobię?”. Mam masę pomysłów. Wiem, że Rob też, sporo jego materiału, który napisał w ostatnich latach jest cholernie dobra. Widziałem jak pisał muzykę na moich oczach, „Rob to jest genialne” mówiłem mu.

SC: Porozmawiajmy o twojej pracy i o tym jak jammy, nad którymi pracowałeś podczas europejskiej trasy stadionowej pomogły w budowaniu wiary, by być optymistą i postępować zgodnie z radami Roba.

KH: Tak. Poziom, który muzycznie łączę z Robem, sięga naprawdę, naprawdę głęboko, ponieważ on i ja pochodzimy zasadniczo z tego samego muzycznego środowiska. Dorastaliśmy wokół funku, R&B, soulu, jazzu, muzyki klasycznej, muzyki latynoskiej. Miałem styczność z tego typu muzyką odkąd skończyłem pięć czy sześć lat. Dorastając we wczesnych latach 70., w Bay Area było tak dużo tej muzyki, w radiu też. W Południowej Kalifornii było tego pełno w radiu. Więc kiedy jammujemy, nie ma ograniczeń co do rodzaju muzyki, którą możemy grać. Gramy jazz, blues, country, polkę, dziwny cygański jazz, dziwny folk z Europy Wschodniej, francuski pop, holenderski pop, nową falę, punk… Graliśmy to wszystko, on i ja. To niesamowite, ponieważ zrobiliśmy to tak, że naszym zdaniem było to przekonujące. Wnieśliśmy do tego naszą muzykalność, zagraliśmy przekonująco i prosto z serca. Byliśmy postawieni w dziwnej sytuacji muzycznej, myśleliśmy: „Okej, jesteśmy w trudnej sytuacji muzycznej, czujemy się z tym komfortowo, zagrajmy od serca…”. To naprawdę trudne, wymaga dużo zaangażowania, ale jest wykonalne.

Czasami braliśmy na warsztat piosenkę, którą mieliśmy zagrać za 24 godziny, która była naprawdę skomplikowana względem akordów jazzowych i aranżacji. Siedzieliśmy i graliśmy po 30 razy w ciągu dwóch godzin, potem szliśmy do pokoju hotelowego i dalej pracowaliśmy nad tym, wracaliśmy i jeszcze więcej pracowaliśmy, aż poczuliśmy że mamy to. Pracowaliśmy nad tymi duetami dosłownie do godziny przed wyjściem na scenę. Dzięki temu bardzo się rozwinęliśmy. Bardzo.

SC: Odnosząc się przede wszystkim do kwestii zaufania, czy czułeś się obdarzony większym zaufaniem w procesie pracy nad tym albumem? A jeśli tak, to jak myślisz, ile z tego było spowodowane tym, że pozostali dwaj widzieli, co ty i Rob robiliście na tych jamach?

KH: Nie wiem czy chodzi tutaj o kwestie zaufania. Kiedy nadchodzi czas, aby zacząć pisać piosenki i muzykę, tak naprawdę chodzi o to, czy pojawisz się z muzyką, czy nie. Nie ma znaczenia, jak wymyślisz tę muzykę. Chodzi tylko o to, czy, kurwa, pojawisz się przy stole z pomysłami, czy nie.





SC: Pozwól więc, że zapytam trochę inaczej. W momencie, gdy zacząłeś pisać riffy, rozwijać pomysły, wysyłać je do innych… czy czułeś, że druga strona będzie o wiele bardziej otwarta tym razem niż bywało to wcześniej?

KH: Wiesz, myślę, że moim dominującym uczuciem i nastawieniem jest to, że kiedy piszę muzykę i czuję się pewnie, znam jego potencjał, zdolności i możliwości, które się za nim kryją, to wtedy ten utwór mówi sam za siebie. Oczywiście mogę zachowywać się jak niedojrzały dupek, ale jeśli mam pieprzony riff do „Enter Sandman”, to ten riff musi być priorytetem. Nie chodzi o to „jak się zachowuje”. Później przegadamy kwestie mojego zachowania. Riff powinien być teraz priorytetem. Tak jak mówię, jeśli mam jakiś pomysł i czuję się z nim pewnie, to nie obchodzi mnie co ktoś o nim powie. Nie potrzebuję kogoś kto potwierdzi to co już wiem. Wiem to z serca, z przeczucia. To naprawdę instynktowne. Po prostu to wiem. Myślę, że to samo można powiedzieć o Jamesie, Larsie i Robie. Ilekroć wiesz, że to jest coś… „Coś tu jest i możemy z tym popracować”, wsiadasz razem z nimi do pociągu i widzisz dokąd to zmierza.

SC: Pozwól, że zapytam cię o proces pisania riffów na tym albumie. Czy łatwiej było pisać, wiedząc, że nie trzeba fizycznie siedzieć przed Gregiem Fidelmanem, Larsem czy kimkolwiek innym? Znam Cię. I zgadzam się z tobą co do znaczenia energii fizycznej. Teraz jesteśmy w tym samym pokoju, więc ten wywiad jest z natury inny niż byłby, gdybyśmy byli na Zoomie.

KH: Jest pewien rodzaj energii, która przychodzi wraz z byciem obecnym z inną osobą. Zawsze wierzę, że masz dwa umysły i łączysz je, to nie równa się dwóm umysłom. W rzeczywistości równa się to czterem umysłom. Dodajesz tam kolejny umysł, masz teraz dziewięć umysłów. Dodajesz tam kolejny umysł i masz 18, 24. Poważnie! Naprawdę tak myślę. Coś dziwnego się dzieje, gdy dwie osoby łączą się we współpracy. To coś większego od nas. I zdajemy sobie z tego sprawę. To coś, o czym wiedzieliśmy od dawna. Wiemy, jak ważne jest, abyśmy wszyscy przebywali w tym samym pokoju i robili razem to, co musimy zrobić, niezależnie od tego, czy jest to pisanie, próby, nagrywanie, występy, czy cokolwiek innego. Wszystko łączy się w całość, gdy nasza czwórka jest w tym samym pokoju. Możemy pracować indywidualnie i to też się sprawdza. Ale ukoronowaniem jest zawsze to, że jesteśmy wszyscy razem w tym pokoju, składamy wszystko do kupy, a potem gramy piosenki i wykonujemy je w czasie rzeczywistym, w danej chwili. Wtedy patrzymy na siebie, kręcimy głowami i mówimy: „Tak, to prawda”, dostrzegamy to.

SC: Czy myślisz, że to, co przyniosła pandemia, sprawiło, że wszyscy bardziej docenili tę chemię?

KH: O tak.

SC: Ludzie potrafią docenić różnice, który każdy z was wnosi? Może spróbuj nie patrzeć na różnice, ale na podobieństwa?

KH: Tak, rozmawiamy o tym od dawna. To właśnie różnice czynią nas interesującymi jako całość. Jedną ważną rzecz COVID zrobił. Dzięki Covidowi dotarliśmy do momentu pisania materiału. W momencie gdy nadszedł czas nagrywania perkusji, pamiętam że wszyscy przyjechaliśmy. Zespół przybył. Przyjechali nasi techniczni, goście od sprzętu i każdy miał nastrój na zasadzie „Oh, jak dobrze cię widzieć, jak dobrze być tu z wami, jak dobrze znów pracować”. To wszystko zbudowało chęć wspólnej zabawy. Więc, gdy już przyszedł czas faktycznego nagrywania, myślę że to był moment nowego poziomu uznania wobec siebie i nowy poziom szacunku dla tego co robiliśmy.

Szczerze czuję, że byliśmy o wiele bardziej zaangażowani, gdyż nie wiedzieliśmy czy przypadkiem to nie jest nasz ostatni raz gdy gramy. Nie wiadomo, czy będziemy w tym samym miejscu za rok. Ludzie umierali! Wszystko się zmieniało, a kultura była w jakimś dziwnym, chaotycznym miejscu. Więc tak, wykorzystywaliśmy fakt, że byliśmy razem i wiem, że kiedy graliśmy razem, czułem zaangażowanie. Czułem, jak wszyscy byliśmy lojalni wobec muzyki. I naprawdę czułem, że w tamtym czasie każda pieprzona nuta i każdy rytm, który graliśmy, coś znaczył. Ponieważ w tym momencie naprawdę tak było! A kiedy przyszedłem zrobić swoje ścieżki prowadzące, to samo czułem. Miałem całą tę stłumioną twórczą energię, frustrację, złość i zamieszanie, wszystkie te same uczucia, które mieli wszyscy inni.





To ciekawe, że wspominasz o swoich solówkach, ponieważ uważam je za najlepsze, jakie skomponowałeś na płytę od jakichś dwudziestu lat. Solo kończące Inamoratę jest oszałamiające. Ktoś mi powiedział, że zagrałeś i już. To było to.

Tak. To znaczy, wiesz, wszystkie solówki nagrałem w podobny sposób. Wszedłem i improwizowałem. Ale za nim to się wydarzyło, musiałem się naprawdę upewnić, że to, co gram trzyma się kupy i że gram to na poziomie, na jakim czuję się pewnie. Miałem pomysł na skale, w których grać, jakie zagrywki wykorzystać. Miałem cały zestaw tego, co zmierzałem wnieść do płyty. Trochę te zagrywki powtarzam, ale jest to zamierzony efekt, ponieważ chciałem, żeby przemawiał moim stylem. Moim stylem, którego chciałem użyć na tym krążku i tylko na nim. Po prostu miałem w sobie mnóstwo tłumionej energii i emocji przez pandemię. Musiałem to wszystko z siebie wyrzucić i zrobiłem to na jeden z kilku znanych mi sposobów. A to wszystko dzięki pieprzonej grze na gitarze.

Podoba mi się słowo „przemawiać” i uwielbiam ten fakt, że mówisz, że była to twoja przemowa na potrzeby tej płyty. Muszę ci e zapytać… Tuż przed pandemią, kiedy rozgrzewałeś się do koncertu poświęconemu Peterowi Geenowi (w londyńskiej Royal Albert Hall, 25 lutego 2020 roku) David Gilmour i Pete Townshend wpadli do ciebie żeby powiedzieć: Cześ kolego. Jak się masz? Czy to trochę zmieniło twój styl przemawiania?

Och, oczywiście!

Powiedz coś o tym, jak to na ciebie działa. Jesteś gitarzystą, szanowanym w gatunku, który uprawiasz, a tutaj pojawiają się tytani, którzy dzielą się z tobą swoim podziwem do ciebie. Jak coś takiego wpływa twój styl?

Spędziłem dosłownie lata, zgłębiając gitarowe techniki tych ludzi, próbując rozgryźć, co siedzi w ich muzycznych głowach. Chłonę to wszystko, robię to, co robię. Ale robię co robię i nie wiem, czy oni tego słuchają! Nigdy nie przyszło mi do głowy, że goście, którzy tak wiele dla mnie znaczą, słuchają tego, co robię. Bo gram tylko dla naszych fanów i to jest wszystko, na czym mi zależy. Tak naprawdę to nie myślę o tym, czy David Gilmour słucha tego, co robię, czy nie.A tak się składa, że słucha o wiele więcej, niż zdawałem sobie z tego sprawę. I ci goście podchodzą do mnie i pytają: Hej, jak leci? Co robisz? To jest coś wielkiego, stary. Ogromne uznanie. To coś w stylu sprawdzam. Informuje mnie, że jestem na właściwej ścieżce. To jest też coś takiego, co mówi ci, że musisz postępować „we właściwy sposób”, bo to goście, którzy mnie zainspirowali. A jeśli przychodzą do mnie i mówią, że „dobra robota”, czy cokolwiek innego, to świetnie. Bo ja też chcę inspirować ludzi To jest jeden z powodów, dlaczego robię to, co robię. Chcę inspirować ludzi do tworzenia wspaniałej muzyki, która nie ma ze mną nic wspólnego, bo inspiracja to przyszłość muzyki. Jeśli mogę przyczynić się do rozwoju muzyki współczesnej w przyszłości i na nią wpłynąć w taki sposób, że podniosę jej jakość, to, kurwa tak! O to, kurwa, chodzi! Myślę, że Gilmourowi i Townshendowi towarzyszy podobne uczucie i wiedzą, że ja też robię coś takiego.

Znajdź kilka określeń, które są w stanie opisać to, czym jest to twoje „przemawianie”. Jakie emocje kryją się za takimi solówkami i takim graniem?

Frustracja. Złość, frustracja i chęć, no wiesz, po prostu powiedzenia „pieprz się”, wyrażenia tej złości, tej frustracji. Przychodziłem do studia nie wiedząc, co zagrać. Posłuchaj utworu, posłuchaj tych emocji, wczuj się w puls kompozycji, po prostu to poczuj, jak te emocje napływają i nimi się kieruj. Po prostu: Uaaa, aah, aah, AAAH! A potem stwierdzasz: Aaach, Boże, teraz się czuję o wiele lepiej.

Gitarzyści Metalliki to (tak sądzę) prawdopodobnie dwie osoby w kapeli, które wyrażają najwięcej emocji.

(uśmiechając się) Obaj robimy za koszykarzy!

Jeden z was przekazuje emocje przez swoje teksty, a drugi dzięki gitarze. Porozmawiajmy trochę o tekstach twojego towarzysza gitary, przytocz trochę, dokąd z nimi zmierzał i opowiedz o jego podróży. I jeśli możesz, odnieś te odczucia do tego gościa, z którym spędziłeś trzy czwarte swojego życia. Jak się z tym czułeś? Czy odnosiłeś się jakoś do tego, o czym James pisał? Utożsamiasz się jakość z tym, o czym pisze? Jak duży ma to wpływ na sposób oddziaływania na muzykę, kiedy siadasz do grania?

Jeśli chodzi o teksty Jamesa, staram się nie wyróżniać żadnego numeru, ani żadnego pojedynczego tekstu. Biorę pod uwagę ogólne nastroje. I trzymam się tego odczucia. Jest to naprawdę spójne, ponieważ zazwyczaj odczucie to jest bardzo zbliżone do czegoś, co doświadczyłem lub aktualnie doświadczam. Jeśli chodzi o mnie i Jamesa, mentalnie obaj stoimy przed wyzwaniami, i czasami w podobny sposób. Czasami mam wrażenie, że kiedy przechodzę przez różne doświadczenia, James może się ze mną utożsamiać. Mamy więc tę dziwną emocjonalną więź. Łączymy się w takim miejscu, które nie jest za wygodne. Nie jest tam ciepło i przytulnie. Właściwie jest to przerażające, bardzo wymagające i mroczne miejsce. Przepuszczam je w inny sposób, ale to bardzo, bardzo podobna miejscówka. Dlatego bardzo łatwo jest mi utrzymywać kontakt z Jamesem w tych kwestiach praktycznie przez cały czas i mam wrażenie, że on również może często doświadczać czegoś podobnego w przypadku moich problemów. A te problemy te są ciągłe; ciągłe i nierozerwalne, bo dla nas tak wygląda życie, to po prostu życie. I przyswojenie tego jest ważne.

Kiedy więc słyszę, jak śpiewa o pewnych rzeczach, mam to wrażenie. Mam przeczucie. Staram się tego nie analizować, nie kategoryzować ani nie dzielić na rozdziały. Dla mnie jest to taka surowa emocja i od niej zaczynam. Robię to na czysto. Takie podejście wydaje się właściwie i uczciwe; nie skupiam się na pewnych rzeczach, które wychodzą tu i tam. Chcę to wszystko ogarnąć w jednym, by uzyskać całościowy obraz owych surowych emocji, czy sentymentów i połączyć to z tym, co czuję, by następnie przenieść te uczucia gdzie indziej dzięki mojej grze. To jest coś, co robię od dłuższego czasu.

Mam wrażenie, że robisz to pewniej niż kiedykolwiek w przypadku 72 Seasons. Nawet jak tak teraz rozmawiamy, nigdy nie słyszałem, żebyś mówił o tym z taką płynnością i pewnością siebie, by wyrazić to tak, jak mówisz to teraz. Czy masz wrażenie, że to się wydarzyło w ciągu ostatnich kilku miesięcy?

Cóż, coraz lepiej mi po prostu wyrażać siebie; mówię o sowich uczuciach, nie wstydzę się ich. Mój największy atut to możliwość wycofania się. Po prostu wycofam się od wszystkich i od wszystkiego. Mam takie możliwości. Nie jest to odcinanie się. Tak naprawdę, to po prostu chęć wycofania się od ludzi, bo tego jest za dużo. Zdałem sobie sprawę z tego, że mam w sobie coś takiego i wiem, że takie podejście jest dla mnie lepsze; po prostu lepiej się czuję, kiedy wyrażam to, co naprawdę, ale to naprawdę czuję.

Niedługo stuknie mi dziewięć lat trzeźwości. Znaczną część mojego rozwoju przypisuję wytrzeźwieniu. I żałuję, że nie wytrzeźwiałem dawno temu, ale po prostu nie było to wcześniej możliwe. A odkąd jestem trzeźwy, wszystko się w moim życiu poprawiło, naprawdę wszystko uległo poprawie. Jestem skupiony i stawiam się teraz w sytuacjach, które wiem, że będą pozytywne i korzystne dla obu stron, kiedy przyczyniają się do dobrego samopoczucia ludzi w moim towarzystwie. A najlepszą rzeczą, jaką mogę obecnie zrobić, jest szukanie sposobów na to, by ludzie z mojego otoczenia dobrze się czuli, czy to przez sztukę, muzykę, czy po prostu spędzanie czasu z nimi, robienie fajnych, kreatywnych rzeczy, nawiązywanie kontaktu z ludźmi i po prostu praca dla dobra innych. To jest to, co chcę obecnie robić.

To interesujące, bo – rozmawialiśmy o tym – Metallica składa się z twardo stojących filarów pomiędzy którymi płyną rzeki. Uważam, że przez wiele lat w różnych sytuacjach wcielałeś się w bycie taką rzeką, kiedy Jason był częścią zespołu… Byłeś takim co wkracza i jest buforem. Teraz wydaje się, że dzielisz tę funkcję z Robem, ale chodzi mi o to… Czy chcesz powiedzieć, że że nie jesteś już szczególnie zainteresowany byciem buforem? A może to właśnie tak, jakbyś mówił: A właśnie, kurwa, że jestem, a jak chcesz, żebym był kimś innym, to coś takiego się nie stanie

Nie jestem już tak chaotyczny jak kiedyś. I wiem, że nie jestem już tak nieprzewidywalny jak kiedyś. Kiedy byłem młodszy, to miałem coś takiego. Zawsze miałem poczucie, że potrzebuję przygód. Byłem złośliwy. Przez cały czas pakowałem się w kłopoty tylko dlatego, że miałem w sobie tyle energii. Ale już tego nie mam. Czuję się uziemiony. Czuję, że jestem sobą i zawsze będę. I wszystko, co się ze mną wiąże, zaczyna się ode mnie i na mnie się kończy. W ostatecznym rozrachunku tak naprawdę nie ma to nic wspólnego z nikim innym, poza mną. A mieć tę świadomość? Ona mnie zmieniła. Zmieniło się moje podejście niemal do wszystkiego. Odblokowała się u mnie świadomość tego, dlaczego tak się odpalałem i lepiej reaguję na prawie każdą sytuację. Kiedyś byłem podminowanym, emocjonalnym zwierzem, który po prostu cały czas atakował – nawet o tym nie myśląc, bo takie miałem uwarunkowania. Taka się kreowała sytuacja wokół mnie, gdy dorastałem. Takie właśnie są moje 72 pory roku, wiesz? Cały czas byłem w trybie całkowicie do ataku, bo taki po prostu musiałem być. Ludzie muszą tacy być, by przetrwać. Większość swoich siedemdziesięciu dwóch pór roku spędziłem w trybie przetrwania. A wiesz, czuwanie w tym trybie staje się męczące. Znalazłem sposób, żeby się z tego wypisać i być sobą. I wiem, że tylko tyle jestem w stanie zrobić, więc właśnie to robię.





Kiedy tu przyszedłeś, powiedziałeś: Cały czas gram na gitarze. Uwielbiam grać na gitarze. Wygląda na to, że gra na gitarze przeprowadziła cię przez to wszystko i była stałym elementem, który prowadził Cię przez te wszystkie emocjonalne fale.

Tak. Wspaniałą rzeczą w byciu sobą w tym momencie jest to, że rozkminiam rzeczy, których nigdy wcześniej nie rejestrowałem. Ważne jest, by rozpoznawać takie rzeczy w swoim życiu i darzyć je szacunkiem, uznaniem. Bo uważam, że ludzie nie przypisują sobie wystarczająco dużo uznania za tak wiele rzeczy, które robią.

Podaj kilka przykładów, jeśli możesz.

O uznaniu?

Tak, o tym, o czym przed chwilą powiedziałeś.

Cóż, cokolwiek wydarzy się w moim życiu, zawsze będę grać na gitarze. Zawsze będę tworzyć muzykę, bo to moje powołanie. Uznaję to za moje uniwersalne powołanie: grać muzykę z kimkolwiek, albo samemu. To jest właśnie to, co robię. A dla mnie świadomość – z której zdałem sobie sprawę jakieś 10-15 lat temu, że to naprawdę jedyna opcja, jaką mam w życiu – była kapitalna! Nie ma żadnych pytań odnośnie tego, dlaczego to robię. Bo żeby grać muzykę, być w tej branży, być w zespole, trzeba się zaangażować. Musisz dokonać tak wielu osobistych poświęceń, a nie ma gwarancji sukcesu, no i możesz przy tym zginąć. Tak właśnie wygląda praca w tym biznesie i tylko tyle mogę o tym powiedzieć, patrząc wstecz. Bo 40 lat temu widziałem grupę dzieciaków, które były żądne, niewinne, miały coś do powiedzenia i miały energię. Wszyscy zaczynaliśmy po tej samej stronie, ale ze względu na charakter przemysłu, rodzaj muzyki, popularność, status, seks, narkotyki i cały ten rock and roll, nie wszyscy z nas dotarli do tego punktu. [Kirk opowiada ogólnie o biznesie muzycznym, a nie konkretnie o Metallica – przyp. red.] Niektórzy goście zostali, kurwa, pożarci i wypluci. Innych po prostu to zeżarło i nigdy nie wrócili. Bardzo mnie to dotknęło. Pozostali w Metallice też to odczuli. Czuję, że przeżyłem i uważam, że każdy z nas w tym zespole jest ocalałym, no bo, stary, to zjebana branża jest.

Moje dzieci są bardzo wrażliwe i tak jak ja – nieśmiałe. Nie wciskałbym ich w to na siłę. Nie namawiam swoich dzieci do zajmowania się muzyką ani karierą tego typu, ponieważ… tak, to było niesamowite. Ta strona walki o sukces była niesamowita. Każdy zawsze widzi tę stronę z sukcesami, ale musisz być, cholera, świadomy tej drugiej strony, a ta druga strona mnie prawie, cholera, zabiła. Jeśli wepchnę w to moje dzieci, to nie ma gwaranci, że odniosą taki sam sukces. Dlatego nie chcę, żeby moje dzieci pakowały się w to. Dzieciaki kolegów z zespołu są inne niż moje. Dzieci Roba na przykład… Tye to w ogóle doskonały przykład dzieciaka wychowanego w tym biznesie i on już wie, czego chce.

Tak, z pewnością jest bardzo wyjątkowym gościem. Oni w ogóle stanowią wyjątkową, twórczą rodzinę, rodzinę artystów, bo tym się właśnie wszyscy zajmują. Chloe i Lullah są mega wyjątkowe.

Tak, ma od rodziny pełne wsparcie i to jest wspaniałe. Kiedy zaczynałem jako dzieciak, nie miałem wsparcia w rodzinie i wątpię, czy ktokolwiek z nas takie miał. Tak naprawdę mojej mamie nie podobało się, kiedy dowiedziała się, że myślę o tym, by zostać muzykiem. Dosłownie darła się na mnie przez dwie lub trzy godziny, krzycząc: Co ty robisz? Jesteś szalony? Więc to jest moje uznanie, że kulturowo coś reprezentuję. Każdy z nas jest reprezentantem czegoś takiego. A ludzie muszą mieć taką personę, która coś znaczy w ich życiu. To też jest super i jest to kolejny powód tego, dzięki czemu uważam, że nigdy nie powinniśmy przestać, bo nadajemy sens życiu ludzi. UFO, Michael Schenker – oni wnieśli tak wiele do mojego życia, a to był tylko zespół rockowy; to jest tylko muzyka; to tylko rozrywka, a dla mnie była ratunkiem.

Wydaje mi się, że obecna równowaga tego wszystkiego [o czym powiedziałeś] jest teraz w najwygodniejszym dla ciebie miejscu, żebyś mógł mieć z tego maksymalną satysfakcję osobistą i muzyczną.

Tak, ale żeby w ogóle dotrzeć do tego miejsca, musiałem zrobić krok do tyłu i pomyśleć: Co ja tu robię? Cofnąć się i przemyśleć: Tak, to co mam, jest naprawdę wspaniałe i robię to z własnej woli!

Jest to niezwykle istotne spostrzeżenie i warto, by ludzi o tym pamiętali: nikt nie zmusza waszej czwórki do spotykania się i kontynuowania kariery.

Wszyscy robimy to dobrowolnie, Nikt nas nie zmusza, nikt nam niczym nie grozi. Ale musiałem zadać sobie to pytanie: Jeśli nagle zostałbym sam i musiałbym to robić, jakby to było? Czy nadal byłbym w to zaangażowany? Wkładałbym w to serce? I odpowiedź brzmi: Tak. To takie proste. Samo uświadomienie sobie tego dało mi ogromną swobodę w zespole. Nie musiałem o tym gadać z Jamesem, Larsem i Robem. Doszedłem do tego wniosku dzięki własnej dedukcji. Odkryłem własną przestrzeń w tym zespole, zdając sobie sprawę, że to wszystko jest dobrowolne, a później zrozumiałem, że jest to coś, co chcę i kocham robić. Bez względu na sytuację, będę to robił dalej, bo nikt nie będzie w stanie mnie powstrzymać. To moja życiowa decyzja.





Masz kilka całkiem mocnych riffów na 72 Seasons. Czy myślisz, że to wszystko jest efektem tego, o czym teraz mówisz? Czy to jest ta siła, która pomogła ci wypuścić takie zagrywki, do których inni mają teraz łatwiejszy dostęp?

Po prostu stałem się lepszy w robieniu tego, co robię. Wciąż czuję, że rozwijam się w swoim graniu, wciąż czuję, że wspinam się na tę twórczą górę, bo szczytu jeszcze nie osiągnąłem. Wciąż komponuję, wciąż tworzę, wciąż jestem ciekawy mojego instrumentu. Ta zajawka wciąż trwa. Czuję, że pęd, który popycha mnie naprzód, jest silniejszy niż kiedykolwiek wcześniej.

Czego nauczyłeś się przez ostatni rok o swoim graniu – i graniu w ogóle – co było dla ciebie objawieniem? Jeśli mógłbyś wybrać jedną lub dwie rzeczy…

Spędzam dużo czasu rozmyślając o sprawach duchowych. Jestem bardzo uduchowioną osobą. Medytuję przynajmniej godzinę dziennie. Dużo czasu spędzam na czytaniu filozofii. Interesuję się także nauką, a miejsce, w którym spotykają się nauka z religią, jest naprawdę frapującą przepaścią. Po latach dogłębnego czytania filozofii doszedłem do kilku wniosków i mój wniosek jest taki, że cała muzyka, jaka kiedykolwiek powstała, istnieje we mnie. Cała muzyka, która kiedykolwiek zostanie stworzona, też we mnie istnieje. A jeśli w to wierzę, oznacza to tyle, że mam dostęp do muzyki, która została napisana w przeszłości, ale też dostęp do całej muzyki, która zostanie dopiero stworzona. Jeśli uda mi się znaleźć takie miejsce, by uzyskać do niej dostęp – a wierzę w to – to w tej chwili możliwości są nieograniczone… I tak wygląda moje podejście. Obserwuję wnikliwie własną świadomość, otwieram się na nią i coś się zaczyna dziać.

Co byś powiedział na temat swojej obecnej gry? Może to niezbyt fortunne pytanie, ale właśnie mi przyszło do głowy. Jak łapiesz tę równowagę bycia w świecie duchowym między działaniem w danym momencie i czy miało to wpływ na te rzeczy, które napisałeś na 72 Seasons?

Najlepszym elementem jest perspektywa. Mogę powiedzieć., że tę muzykę łączę z tym wątkiem, tamten numer powstał dzięki takim emocjom i takiej energii, którą wówczas odczuwałem. Ten kawałek powstał w momencie, kiedy akurat skończyłem medytować i po prostu wpatrywałem się w jakiś punkt, światło… I nagle coś mi powiedziało, żebym złapał za gitarę, więc ją łapałem i nagle coś powstawało! Zdarza mi się to bardzo często. Mam więc szerszą perspektywę tego, skąd te impulsy się biorą, ponieważ muzyka pochodzi z różnych stron. Nie zawsze z tego jednego, konkretnego kierunku, z jednej przestrzeni. Ona zjawia się zewsząd.

Przejdźmy na chwilę do koncertów i zostańmy chwilę w tej przestrzeni. Powiedzmy, grasz na żywo np. utwór 72 Seasons… Czy grając tę główną partię, ten konkretny riff, odnosisz się jakoś do tego, w jaki sposób pojawił się ten riff, czy przywołujesz raczej atmosferę np. w Amsterdamie; to jak czułeś się w Paryżu, jak w Hamburgu…

Kiedy byłem młodszy, zawsze odwoływałem się do przeszłości. Pamiętałem rzeczy, które stworzyłem, albo to konkretnie nagranie z tego konkretnego albumu. Kiedy próbuję wyciągać jakieś wnioski z przeszłości, to nie działa. Muszę skoncentrować się na przyszłości, być w nie obecny, żeby coś wymyślić. I zwykle to się sprawdza. Proces tworzenia zawsze wiąże się z byciem tu i teraz, bo tworzenie czegoś w danym momencie, popycha cię naprzód i uwalnia od przeszłości.

Nikt nie chce utonąć w przeszłości, bo to rodzi kłopoty. Najbardziej ekscytujący moment, jakiego mogę doświadczyć, dzieje się właśnie teraz. Nie chcę żyć przeszłością. Nawet nie wiem, co czeka w przyszłości. To trochę do bani, bo kiedy wejdziesz w Internet, znajdziesz ze trzy miliony ludzi, którzy twierdzą, że wiedzą, jaka będzie przyszłość. Wiesz: Jutro będzie to i to, więc musimy to zrobić w przyszłym tygodniu, bo… coś tam… Znaczy, wiesz… Naprawdę? Skąd macie te informacje? Nic mi o tym nie wiadomo. Stary, chodzi po prostu o bycie tu i teraz.

To całkiem ekscytujące dla ludzi którzy przychodzą na wasze koncerty, bo mogą usłyszeć to, co czujesz w tym jednym momencie.

Absolutna racja.

To wielkie przeżycie.

Tak. Moje popisy na tej płycie są po prostu – i wiem, że to wkurza niektórych – głównie wyznaczają miejsca, w których powinny być solówki. Wszedłem i ot tak je wszystkie zaimprowizowałem. Muszę jeszcze wymyślić te solówki, bo nie pamiętam, co grałem. Oczywiście siądę i się ich nauczę, ale zamierzam je zmieniać w zależności od tego, jak będę się czuł. Będę czuł zmęczenie podróżą samolotem, będę się gapił na tę wielką, pieprzoną scenę i wielki tłum cholernych twarzy, które będą po prostu krzyczeć: Tak! Kurwa, tak! Będzie to się łączyć z jetlagiem, który po prostu doprowadza mnie do szału i będzie też ta energia związana z występowaniem przed naszą publiką plus zastrzyk świeżej energii związanej z danym utworem. Kurczę… gdziekolwiek się to będzie działo…

Fajnie słyszeć coś takiego.

No, i wiesz co? Nie dowiem się jak to będzie, dopóki nie dotrzemy do Amsterdamu. Będzie to dla mnie niespodzianką. Myślę, że to piękna sprawa, zamiast dostawać zestaw, w którym już wiesz, co się wydarzy. Słyszeliście to już czterdzieści tysięcy razy - OK, tak, to brzmi zupełnie jak na albumie, łał…. Ludzie to lubią, ale ja obecnie nie jestem czymś takim zainteresowany.





Świetnie. Wiem, że niestety musimy kończyć, bo jest próba za dwie minuty, dlatego na koniec chcę zaserwować coś lżejszego. Kiedy oglądam cię grającego na żywo – właściwie to kiedy obserwuję cię spacerującego, wyglądasz, jakbyś naprawdę czerpał przyjemność z bycia gitarzystą prowadzącym. Podoba ci się bycie gwiazdą rocka. Nie jest to ten głupi, maniakalny sposób primadonny, ale bardzo naturalny. Zawsze pojawiasz się w wystrzałowych ciuchach, kroczysz, jesteś opalony, masz ten blask. Wygląda na to, że dobrze się bawisz! Wyglądając przy tym cholernie dobrze.

Dobra, mogę zdradzić ci mały sekret?

Proszę.

(szeroki uśmiech) Kocham to, co robię. Kocham to, co kurwa, robię, jasne? Były chwile, gdy negatywne aspekty całkowicie mną zawładnęły i dużo czasu spędziłem na ich uwypuklaniu, ale nie zrozumcie mnie źle… Pozytywy wciąż przeważają nad negatywami i kocham to, co robię. Zasadniczo chodzi o to, żeby wstawać i grać dla ludzi na gitarze i pokazywać im dobrą zabawę. Bo kiedy jestem na scenie, naprawdę dobrze się bawię. Od kiedy byłem dzieciakiem, myślałem: Jeśli będę się na niej dobrze bawił i ludzie zobaczą, jak dobrze się bawię, to i oni wykorzystają ten czas na dobrą zabawę.

Nauczyłem się tego, gdy miałem 17 lat i zacząłem grać w Exodus. Wierzyłem w to wtedy i wierzę w to teraz, świetnie się tam bawię, bo gram na gitarze. Gram dobre utwory, które sprawiają przyjemność. Piszemy numery, które są fajne do grania, bo właśnie to chcemy robić. Nie chcemy tworzyć utworów, które na żywo będą nastręczać kłopotu. Walić to! Zanudziłbym się. Pewnie zszedłbym ze sceny, albo zasnął, albo po prostu grałbym solówkę nie tak jak trzeba, a jestem w tym dobry. Ale utwory mamy zajebiste; gram z zajebistymi muzykami; z moimi braćmi. Mamy niesamowitą bazę fanów, którzy nas rozumieją, a nawet więcej. Ciągle to kocham. Uwielbiam fakt, że nadal możemy wbić do miejscówki na 50 koła i kiedy gramy numer, to wszyscy – naprawdę wszyscy – są skupieni, ich świadomość jest sfokusowana na jeden kierunek, na tych właśnie dźwiękach. Czujemy tę więź. Czujemy więź pomiędzy pięćdziesięcioma tysiącami osób dzięki jednemu utworowi. Czyż to nie jest doświadczanie wspólnoty? Tak się właśnie czujesz, kiedy idziesz na rockowy koncert. Jest to euforia wynikająca z faktu świętowania tego momentu, gdzie wszyscy jesteśmy razem, obserwowania czegoś, co wszyscy kochamy i doświadczania czegoś, w czym wspólnie chcemy uczestniczyć. To ogromna, potężna siła, stary. A bycie w takiej sytuacji – stanie na czele, kierowanie emocjami, podsycanie tego – to jest jak magia, człowieku. To czysta miłość. MIŁOŚĆ. Ludzie się pewnie z tego śmieją, ale rzucam wyzwanie każdemu, kto mógłby pomyśleć, że to banalne: dawaj, przejdź do sedna, które naprawdę motywuje cię do rozrywki.





---


Po tych słowach Kirk bierze gitarę i udaje się na próbę. To było emocjonalne spotkanie. Emocjonalne w najlepszy możliwy sposób.











Dudrix
Marios

Overkill.pl


Waszym zdaniem
komentarzy: 3
Tylko zalogowani użytkownicy mogą dodawać komentarze.
NIKT
03.05.2023 21:44:35
O  IP: 83.25.154.7
Do bajdurzenia Kirka już przywykłem. Oni wszyscy już od dawna mają jakiś "napompowany" sposób wypowiadania się. Troszkę mnie to śmieszy czasem, bo brzmi jak dialogi z gównianego serialu:D Wolałem jak byli zwykłymi świrusami i nie owijali za bardzo w bawełnę, ale to było wiele milionów dolarów temu;) Ludzie się zmieniają i czasem te zmiany słabo wyglądają.
Ulfield
03.05.2023 17:19:46
O  IP: 77.222.238.13
Piccol, Kirk i tak ma wywalone na komentarze w necie :)
Piccol
03.05.2023 10:57:36
O  IP: 212.180.221.12
O kurde, na insta musieli wyłączyć komentarze pod video z tym wywiadem bo ludzie pisali zdezorientowani czy z Kirkiem jest wszystko ok, czy jest zjarany, naćpany czy miał jakiś udar. Sama w sumie miałam ostatnio takie wrażenie w kinie podczas wypowiedzi Kirka, że jego sposób wypowiedzi jest bardziej ekscentryczny niż zwykle i że pewnie był zjarany podczas kręcenia materiału, ale z drugiej strony jak popatrzy się na jego stare wywiady to on zawsze taki był. Biedny… Mam nadzieję, że przez te wszystkie lata stworzył sobie wystarczającą zbroję by nie przejmować się komentarzami w internecie.
OVERKILL.pl © 2000 - 2024
KOD: Marcin Nowak