W piątkowy wieczór, 10 października 2025, krakowska Tauron Arena gościła fanów dwóch zespołów metalowych, którzy na pierwszy rzut oka niekoniecznie się ze sobą dogadują. Już po samym ogłoszenie koncertu dało się przeczytać liczne opinie twierdzące, że to właśnie zespół dowodzony przez Dave'a Mustaine'a - Megadeth - powinien być gwiazdą wieczoru. Jednak to zespół Distrubed był headlinerem i udowodnili, że ich popularność w świecie metalu nie jest przypadkowa.
Kilka tygodni temu Megadeth ogłosił, że po wydaniu nadchodzącej płyty o tytule
"Megadeth" (zaplanowanej na 23 stycznia 2026), zespół wyruszy w swoją pożegnalną trasę. Ogłoszenie to było dla wszystkich sporym zaskoczeniem i na pewno wielu osobom dało mocny argument, aby tego wieczoru pojawić się w Krakowie i zobaczyć, prawdopodobnie, jeden z ostatnich koncertów legendy thrashu. Kolejnym zaskoczeniem był fakt, że to Megadeth będzie "gościem specjalnym" na trasie
Disturbed, bowiem sam Mustaine swego czasu nie był oszczędny w słowach, gdy wypowiadał się o zespołach spod znaku "nu metalu", a takim jest kwartet z Chicago.
Zespół pojawił się na scenie punktualnie o godzinie 19:00. Dało się zobaczyć, że spora część publiczności przybyła właśnie na ten występ, co druga osoba w arenie nosiła dumnie na piersi grafiki z ikoniczną maskotką zespołu, czyli Rattleheadem. Zespół zaczął od naprawdę mocnego uderzenia w postaci
"Wake Up Dead", a następnie
"In My Darkest Hour" oraz
"Hangar 18". Mustaine był bardzo oszczędny w słowach - dopiero w połowie koncertu mogliśmy od niego usłyszeć skromne "Good Evening".
Setlista koncertowa, można rzec, była złożona z tzw. greatest hits zespołu, bowiem w dalszej części koncertu dostaliśmy
"She-Wolf",
"Trust",
"Peace Sells" czy najgoręcej przyjęty przez fanów
"Symphony of Destruction". Nadzieję na coś nietypowego dała ostatnia przemowa frontmana, który zapytał czy słyszeliśmy już
"Tipping Point" - czyli najnowszy singiel grupy zapowiadający ich finałowy album. Dało się poczuć, że rozbudził on nadzieje fanów, że może właśnie tego wieczoru będzie premiera koncertowa nowego utworu. Tak się jednak nie stało, a Megadeth pożegnało się z krakowską publicznością klasykiem w postaci
"Holy Wars... The Punishment Due".
Zespół
Disturbed dotarł do naszego kraju po raz pierwszy w 2001 roku, kiedy to wystąpili jako support dla Marilyna Mansona na warszawskim Torwarze. Od tamtej pory status zespołu uległ diametralnej zmianie. W kolejnych latach mogliśmy ich zobaczyć na własnym koncercie w warszawskim Klubie Stodoła (6 czerwca 2011 - trasa Asylum) oraz ponownie na Torwarze (20 czerwca 2019 - trasa Evolution).
Aktualna trasa promowana była 25-leciem ich debiutanckiego albumu
"The Sickness", który zgodnie z zapowiedzią został zagrany od początku do końca. Koncert rozpoczął się niczym scena z
"Milczenia owiec" - David Draiman został wwieziony na scenę, uwięziony w kaftanie bezpieczeństwa, z maską na twarzy. Produkcja koncertowa również robiła ogromne wrażenie - za muzykami mogliśmy dostrzec metalowe konstrukcje, które niejednokrotnie pokrywały się ogniem, a wewnątrz nich umiejscowione były wąskie ekrany, na których podziwialiśmy świetlne wizualizacje.
Najcieplejsze przyjęcie otrzymały szlagiery z
"The Sickness", czyli
"Down with the Sickness" czy
"Shout 2000". Przed finałowym utworem z płyty, wokalista grupy - David Draiman - pojawił się na wybiegu sceny na krześle elektrycznym, który w widowiskowy sposób wprowadził nas w utwór
"Meaning of Life", a w środku tego wykonania skromna niespodzianka w postaci cytatu
"Crazy Train" Ozzy'ego Osbourne'a (Draiman był gościem wokalnym podczas pożegnalnego koncertu Black Sabbath - Back to the Beginning).
Po wykonaniu całego "The Sickness" fani musieli się uzbroić w cierpliwość, na scenę opadła kurtyna, która informowała, że koncert zostanie wznowiony za 20 minut. W tym czasie mogliśmy podziwiać emitowane materiały archiwalne z czasów nagrywania oraz trasy debiutanckiego albumu.
W drugiej części koncertu nie zabrakło hitów - zespół rozpoczął akt drugi od najnowszej kompozycji
"I Will Not Break", a później usłyszeliśmy m.in.
"Ten Thousand Fists",
"Bad Man" czy
"Land of Confusion". Wokalista również był oszczędny w słowach podczas krakowskiego koncertu, ale pozwolił sobie na krótką przemowę po wykonaniu
"Sound of Silence".
"Mam w sobie polską krew, dziękuję, że mogłem powrócić do domu". Draiman opowiedział historię, że jego dziadek oraz ojciec pochodzili z Polski (ojciec Draimana, Yehuda Draiman, był Izraelczykiem urodzonym w Izraelu w rodzinie polskich Żydów). Wokalista w ostatnim czasie wyraził swoje poparcie dla Izraela, połączone m.in. ze składaniem autografów na pociskach ich armii. Spadła na niego liczna krytyka w postaci gwizdów podczas pożegnania Black Sabbath, a w dniu krakowskiego koncertu dowiedzieliśmy się, że zaplanowany na 15 października koncert w Brukseli został odwołany przez tamtejszego burmistrza - polityk nazwał to "moralnym problemem".
Pomimo tych kontrowersji zespół zaprezentował się w fantastycznej formie wokalnej, instrumentalnej oraz produkcyjnej, a każdy kto w piątkowy wieczór zameldował się w Tauron Arenie Kraków na pewno nie opuścił jej rozczarowany.
Koncert został zorganizowany przez Live Nation Polska.
Autorem zdjęć jest
Kamil Kożuch.
Overkill.pl