Tekst napisany na spontanie po przesłuchaniu (i dłuższym rozbracie) albumu A Tribute To Metallica z katalogu niemieckiej formacji Die Krupps.
Gdy świat singli wydawanych na krążkach CD miał się jeszcze bardzo dobrze, Metallica raczyła swoich fanów kolejnymi bardzo ciekawymi wydawnictwami. Zawsze mogliśmy liczyć na ciekawe dodatkowe utwory, które zespół miał w zanadrzu. Oczywiście tymi najbardziej pożądanymi nagraniami były studyjne kowery, które siłą rzeczy nie były dodawane jako bonusy do regularnych albumów. Zawsze natomiast trafiały się mega interesujące fragmenty zapisów koncertów. W 1997 roku niejako na fali popularności elektronicznych wstawek w muzyce gitarowej, Metallica zdecydowała się na dodanie remiksów własnych utworów, które miały w sobie ziarno dyskotekowego szaleństwa. A za remiksy zabrał się m.in. nie byle kto, bo wówczas absolutny gigant popowej muzyki elektronicznej –
Moby. James Hetfield w październiku owego roku podsumował rezultaty następująco:
To było coś, czego chciałem spróbować, ale nie wyszło. Nie mogę ich słuchać. Nie znam się na tym gównie. Mogę je tolerować, ale i tak są do dupy. To miał być eksperyment. Myślałem, że wyjdzie coś w stylu muzyki industrialnej, coś bardziej agresywnego, ale nie było to tak ostre, jak myślałem.
O jak bardzo ciężki industrial chodziło Hetfieldowi?
Ministry?
Rammstein? A może remix
For Whom the Bell Tools od
DJ Spooky, który znalazł się na ścieżce dźwiękowej filmu
Spawn? Trudno dziś to wyrokować. Identyczny los z niedocenieniem elektronicznego grania opartego o twórczość Metalliki spotkał w połowie lat 90. XX w. nagrania niemieckiej industrialnej kapeli
Die Krupps. Już w 1992 roku panowie postanowili wziąć na warsztat kompozycje Metalliki i przepoczwarzyć je swoim mocnym, industrialnym brzmieniem. Trzeba przyznać, że na początku całego zamieszania część rynku muzycznego dostrzegła w tych wersjach trochę komercyjno-artystycznego potencjału. Gdy w listopadzie 1992 roku dzięki zachodnio-niemieckiej wytwórni
Our Choice w Europie ukazała się pięcioutworowa EPKa pt.
A Tribute to Metallica, a piąty krążek Metalliki już triumfalnie rozsiadł się na pierwszym miejscu sprzedaży w Stanach, ktoś w Ameryce dostrzegł szansę zbicia dodatkowych zysków na wystrzelonej pod niebiosa popularności Metalliki. Wytwórnia
Hollywood Records z Burbank w Kalifornii zleciła zespołowi dogranie kilku dodatkowych utworów, by móc całość wydać w postaci pełnoprawnego albumu. Niemcy z propozycji skorzystali, dokładając własne wersje
The Unforgiven i
One oraz remiksując na koniec dwie kompozycje. Amerykańska wersja
A Tribute to Metallica rozrosła się więc do ponad 52 minut.
Lars (maj 1996):
Był taki niemiecki zespół, który przerobił parę naszych kawałków. Jak po raz pierwszy usłyszałem, co im z tego wyszło, byłem przerażony. Ale jeden z członków tej grupy kiedy usłyszał, co zrobili, sam rzucił odtwarzaczem o ścianę.
Skoro wieści o elektronicznych kowerach dotarły do Metalliki, to z pewnością krążek
Die Krupps na rynku amerykańskim dostrzeżony choć troszkę zostać musiał. Jeśli ktoś zna materiał z The Plant Studios, jaki znalazł się na krążku CD pierwszej puszki
Fan Can, ten doskonale pamięta fragment
Nothing Else Matters, w którym James parodiuje sposób śpiewania wokalisty Die Krupps – Jurgena Englera – sposób, jaki Engler wykorzystał właśnie we własnej wersji NEM. Czy
A Tribute to Metallica jest i dziś wyłącznie obiektem drwin i obśmiewania z każdej strony?
James jako Jurgen Engler od 13:45
Dla twardogłowych słuchaczy metalu wersje Die Krupps są z pewnością nieporozumieniem. Dla osób choć trochę lubiących elektroniczne brzmienia w szeroko pojętej muzyce metalowej, propozycja Niemców będzie ciekawostką. Dla mnie
A Tribute To Metallica był na początku (w 2000 roku) zdecydowanie nie najstrawniejszym jakimś tam wydawnictwem z Metallicą w tle. Brzmienia takie doceniłem dobre parę lat temu w związku z odkryciem twórczości
Czesława Niemena – twórczości z dekad lat 80. oraz 90. Dzięki albumom
Terra Deflorata,
Spodchmurykapelusza oraz dwupłytowemu
Terra Deflorata. Koncert, mogę śmiało napisać, że to dzięki Niemenowi i jego sposobowi wykorzystania popularnych parapetów, bardzo polubiłem takie brzmienia. Nadal jednak nie mogę przekonać się do wykorzystania dźwięków siermiężnych elektronicznych bębnów w muzyce rockowej lat 80. Jeśli cały materiał jest stworzony za pomocą elektroniki, wówczas materiału słucham z przyjemnością. Natomiast jeśli słyszę klasyczne rockowe instrumentarium i doklejoną do tego perkusją z lat 80., wówczas przyjemności słuchania nie mam zbyt dużej. To dlatego nie przepadam za albumami typu
Mistral Lou Reeda, czy też
Radio K.A.O.S. Rogera Watersa.
A zestaw kowerów od
Die Krupps? Wg. mnie album po prawie trzydziestu latach broni się doskonale. Po prostu jest to muzyka, która się nie zestarzała, a nawet jeśli odrobinkę jednak tak, to dźwięki te zostały pokryte co najwyżej szlachetną patyną. Zdecydowanie zacznę wracać do tego wydawnictwa częściej.
Marios
Overkill.pl