W
I
Ę
C
E
J

«

N
E
W
S
Ó
W
Robert Trujillo: rozmowa o albumie 72 Seasons [So What!]
dodane 01.04.2023 23:46:59 przez: Marios
wyświetleń: 5690
Steffan Chirazi, naczelny sekcji So What! na oficjalnej stronie internetowej zespołu, wrócił do rozmów z muzykami Metalliki! Pretekst do pogadanek w cztery oczy może być tylko jeden – nowy album pt. 72 Seasons. Na pierwszy ogień sprawdzamy, co do powiedzenia na temat ostatnich poczynań zespołu ma basista kapeli – Robert Trujillo.
PS: Spoilery, nie spoilery – pół Internetu już wie, że Rob śpiewa na najnowszym albumie Metalliki. Jeśli 13 kwietnia w kinie chcecie wiedzieć tylko to, co dzieje się w strukturach czterech wypuszczonych już singli, nie czytajcie tego artykułu!







tekst: Steffan Chirazi
tłumaczenie: Marios


14 kwietnia zbliża się wielkimi krokami i jestem pewien, że emocje sięgają zenitu (nie bez powodu z resztą). I co! Dokumentuję historię Metalliki od 1993 roku. To swego rodzaju kronika wydarzeń i tego, jak kapela radziła sobie przez dekady. Artykuły dla So What! konsekwentnie opowiadały o historiach, jakie stały za szykowaniem nowych albumów, tras koncertowych, filmów, festiwali, a także o wielu innych obszarach świata i ludzi związanych z Metallicą. Wydanie albumu 72 Seasons nie będzie w tym względzie wyjątkiem i będzie szeroko relacjonowane. Nie możemy się doczekać tego, co przyniosą najbliższe dwa lata. Brett Murray i Jeff Yeager sfilmowali każdą z rozmów, więc spodziewajcie się materiałów wideo z tych pogadanek.

W nadchodzących tygodniach pojawią się cztery główne rozmowy z Jamesem, Larsem, Kirkiem i Robertem. Z Robem to właściwie już teraz… Są to rozmowy omawiające pełny cykl pracy twórczej nad 72 Seasons z facetami, którzy stoją za nagraniem. Te dyskusje zawsze były częścią mojej pracy i to je najbardziej lubię, a jest to możliwe głównie dlatego, że ci goście są niezwykle szczerzy, otwarci i ufają mi, kiedy razem siadamy do rozmowy. Nie zabraknie też pogadanek z osobami ściśle związanymi z tworzeniem 72 Seasons na stopie produkcji albumu, kręcenia teledysków aż po projekt graficzny całości. Nie będą to specjalnie krótkie materiały. Gdybym był czytającym, usiadłbym w wygodnym fotelu, nalałbym sobie drinka (albo dwa) i oddałbym się dłuższej kontemplacji.

Zanim zostawię Was z historiami opowiadanymi przez Roberta, chcę się upewnić, że wszyscy kojarzycie ekipę dbającą o MetClub i HQ. Ich praca niejednokrotnie wykracza poza tę robotę (kolejność przypadkowa): Dan, Jeff Y, Addie, Jena, Austin, Brett, Audrey, Renee, Jon-Michael, Amanda, Alyssa, Devin, Evan, Morgan, Suzanne, Jeff P, Alex, Anna (i cała załoga Blackened), Brie, Lane, Marc i Vickie. Cieszcie się więc treścią tych rozmów i głębokim wniknięciem w obszar specjalizacji każdego z bohaterów. I dobrze wiem, że nie muszę Wam pisać, żebyście cieszyli się nowym albumem. Radość z tego powodu jest oczywista!





A teraz czas na Roberta! To wspaniały facet. Ale co to znaczy? Co oznacza takie ogólne sformułowanie, kiedy używamy go w odniesieniu do konkretnej osoby? No bo piszę Wam, że Robert Trujillo jest „wspaniałym facetem”, ale co to właściwie oznacza? Odpowiedź poniżej.

Rob Trujillo to dużo ciepła, wspaniałomyślności i ludzkiego podejścia. Ma niezachwianą, pozytywną osobowość (nawet wówczas, gdy nie jest w szczytowej formie danego dnia). Jest jednym z najbardziej bezinteresownych muzyków, jakich możecie spotkać. Czasami włącza mu się głupkowaty humor i potrafi być wówczas nieźle zabawny. Zawsze jest zaangażowanym współpracownikiem w każdym projekcie, w którym bierze udział. Odpowiada na esemesy wtedy, kiedy trzeba (no dobra, jest wielu „wspaniałych facetów”, którzy niekoniecznie troszczą się o takie rzeczy, ale to kolejny plusik w jego tabeli zalet). To właśnie dlatego Rob jest „wspaniałym facetem”. Jest jeszcze kilka elementów takiego stanu rzeczy, o których nie wspomniałem: Rob jest do szpiku kości muzykiem, człowiekiem wielu talentów, autorem i twórcą o coraz większej renomie. Roberto ma w sobie twórczą siłę, którą być może trudno znaleźć we wszystkich tych niuansach, ale jest to kolejny element spinający jego osobę. Nikogo więc nie powinno dziwić, że to właśnie Robert poszedł na pierwszy ogień i opowiedział o nowym albumie. Nikt nie powinien być zdziwiony także tym, że basista nie skorzystał z typowej „pijarowej” gatki. Zamiast podobnych zabiegów, szczegółowo przedstawił perypetie twórczego świata z czasów pandemii oraz opowiedział z własnej perspektywy o podróży, która wiodła przez etapy tworzenia 72 Seasons. Niech ta rozmowa będzie tego dowodem, ale pozwólcie, że jeszcze raz napiszę, że Rob Trujillo to wspaniały facet.

Steffan Chirazi: Zacznijmy od pokoju prób z czasów trasy WorldWired. Opowiedz nam o wadze tego jammowania; o tym, co się na tych jammach nagrywa i o twoim udziale w tym przedsięwzięciu.

Robert Trujillo: Cóż, nasz rozgrzewkowy pokój, czy tam jam-room, jest szczególnym miejscem. Zawsze możesz tam znaleźć chwile wytchnienia i spokojną miejscówkę dla siebie i swojego instrumentu, możesz sobie tam wejść i popracować nad utworami. Może są w tym tygodniu jakieś numery, które wylądują w secie, a których nie miałeś czasu przyswoić i przećwiczyć. To tam możesz ograć numer na spokojnie, zanim wyjdziesz z nim na scenę. Spotykamy się tam w czwórkę na 20, 30 minut przed koncertem, żeby się rozluźnić, żeby się przygotować.

Nasz pokój służy nam także za kreatywne środowisko dla nowych pomysłów, a tak na poważnie… z kimś takim jak James… On pokręci gałką i wpada na świetny pomysł. Dawno temu zdecydowano o tym, że potrzebujemy tam sprzętu do nagrywania, który pozwali zachować niektóre z tych pojawiających się spontanicznie pomysłów. Magia chwili, która nas nawiedza jest czymś bardzo ważnym i cennym, ponieważ tak powstają wspaniałe kompozycje w obecnej karierze Metalliki. To jest właśnie jeden z powodów, dla których mamy taki, a nie inny sprzętowy wystrój naszej miejscówki na próby: oczywiście możemy wybierać w instrumentach, w zależności o d tego, z którym czujemy się bardziej komfortowo, i w tym jest nadzieja, że zagramy kilka nowych pomysłów.

Przejdźmy zatem do początku: jest rok 2020, powiedzmy, 15 marca, czyli data, kiedy wszystko zostało zamknięte. Potrzebuję kompasu – w jakim miejscu w odniesieniu do Metalliki wówczas byłeś? Najpierw zespół poinformował o tym, że James znów udał się na odwyk; potem następuje pandemia. Jaki nastrój panował w zespole? Było zamartwianie się? Były obawy? Czy czuło się wówczas, że jest krucho?

Powiem o tym, co działo się ze mną. Każdy z nas będzie miał własną historię tego, jak przez to przechodził, co jest całkowicie normalne i tak powinno być. Moja wersja będzie różnić. Wracałem z Kirkiem z Południowej Karoliny z koncertu The Wedding Band. Kirk zorganizował balangę i zagraliśmy tam z Jonem Theodorem, Docem Coylem, Whitem Crane'em i Bobbym Pattersonem. Świetnie się bawiliśmy grając covery zespołów, które uwielbiamy - od Black Sabbath po Ohio Players. Wróciliśmy do Kalifornii i dosłownie następnego dnia wszystko zostało zamknięte na dobry rok. Załapaliśmy się na koncertowe doświadczenia tuż przed lockdownem. Niewiele osób mogło tego posmakować, ale byłem wdzięczny przynajmniej za to. Biorę pod uwagę miejsce, w którym mieszkam i mój sposób radzenia sobie, kiedy zaczyna robić się zawierucha – twórcze ujście złych emocji, które mogą doprowadzić do szaleństwa. Fajnie jest móc wybrać się na spacer. Mieszkamy w górach, więc możemy poszukać terapii w naturze. Więc taki był mój tryb. Wszystko brało się z muzyki: rzucaliśmy sobie muzyczne wyzwania, żeby pobudzić kreatywność. Potem nastąpiło całe to doświadczenie, gdy wszystko zamienia się w szaleństwo. Próbowałem sobie wówczas znaleźć miejsce, w którym mógłbym zebrać myśli, wiesz, jakaś wspinaczka po górach, czy cokolwiek innego, żeby pomyśleć nad tym, jak będzie wyglądał następny rok, bo niepewności było wówczas mnóstwo. To się właśnie u mnie działo.

A propos niepewności. To ciekawe, co mówisz, że każdy z was miał własną reakcję na tę niepewność, bo ona niewątpliwie była. A może nie chciałeś myśleć za dużo o niepewności w kontekście Metalliki?

Myślę, że w pewnym momencie, jeśli mówisz konkretnie o tym, co przechodziliśmy…

… zarówno jeśli chodzi o Jamesa, jak i sytuację związaną z zamknięciem.

Racja. Wracając do niepewności, to powinieneś na nią patrzeć ze zdrowej perspektywy, jak to rozważasz we własnej głowie, w jaki sposób podchodzisz do stresu i jak podchodzisz do niepewności, która może cię naprawdę wykoleić. Z pewnością może wykoleić wszelkie rzeczy związane z kreatywnością. Starałem się o tym myśleć w bardziej pozytywnym świetle. Mieliśmy wtedy kontakt z Jamesem, ale mieliśmy też do czynienia z pandemią, więc dużo na nas spadło jednocześnie. Modliliśmy się za Jamesa, żeby wyzdrowiał, żeby stawił czoła tej podróży, którą podjął i której potrzebował, a jednocześnie modliliśmy się o nas. A niepewność związana z pandemią? Naprawdę mógłbyś pozwolić, żeby zawładnęła twoimi myślami. Całe to zamieszanie może zabrać cię [w głowie] do miejsc, których wcale nie masz ochoty odwiedzać. Postawiłem na kreatywność. Złapałem za akustyczną gitarę i zacząłem więcej grać, więcej tworzyć, więcej pisać – w tym kierunku poszedłem. Dużo gadałem z Kirkiem, dużo też z Larsem. I nawet jeśli były to dwa różne sposoby rozmawiania, bo Lars i Kirk to dwa różne typy osobowości, to zawsze uważam, że twoi przyjaciele potrzebują uwagi. A ja chcę być wspaniałym przyjacielem i zaspakajać potrzeby przyjaciela. Kiedy mówię o ich potrzebach mam na myśli sprawy duchowe, motywacyjne. Wiesz: „Jak mogę Ci pomóc?”.

Bo w tym samym momencie mamy wszyscy swoje rodziny i musimy się upewnić, że u nich też wszystko w porządku. Działo się więc bardzo dużo. Mogę szczerze powiedzieć, że moja rodzina jest niezwykle kreatywna. Z dumą kierujemy naszą pozytywną energię w stronę muzyki i sztuki. A jeśli mamy zamiar na fizyczny wysiłek, to będzie to surfing, czy górskie wędrówki, tego rodzaju aktywność. Potrzebujesz takiej odskoczni, kiedy sprawy przestają iść stabilnie. Musisz znaleźć miejsce na wyładowanie frustracji i całej takiej energii. Jedną z pierwszy rzeczy, którą rodzinnie zrobiliśmy, była wycieczka, żeby spróbować poczuć, że wszystko będzie dobrze.






Kiedy brałeś udział w spotkaniach na Zoomie na początku pandemii, jak długo trwało, zanim ktoś podjął temat tworzenia nowej muzyki?

Ciekawe pytanie. Nie wiem, jak chłopaki odpowiedzą, ale bardzo dokładnie pamiętam, że gadałem z Larsem po tym, jak nagraliśmy akustyczną wersję Blackened. I żeby było jasne, to James zainicjował całą sprawę, kiedy powysyłał nam plik „Blackened 2020”, żebyśmy mogli to wypuścić w pierwszej kolejności. To pomogło nam w naszych domowych studiach wrócić do życia! Potem Lars wyraził nadzieję, że dam radę wymyślić akustyczną wersję The Day That Never Comes. Nie wiem, czy go rozczarowałem, czy nie, ale nie było więcej tego tematu, bo poskładałem w całość jakieś nowe elementy, które nie miały nic wspólnego z akustyczną wersją The Day That Never Comes. Przy okazji – nie szukajcie tego numeru na płycie, bo go tam nie ma. Właściwie to nie wydaje mi się, żeby ten numer kiedykolwiek miał trafić na album. Chodziło mi bardziej o to, żeby zwrócić uwagę, a uwaga ta brzmiała: „Pieprzyć to, skoncentrujmy się na nowych pomysłach, nowej muzyce i nowym albumie”.

Tak więc najważniejszą sprawą było to, żeby zastanowić się nad tym i skierować naszą energię z tego, co zrobiliśmy w przypadku Blackened 2020, na tory związane z rozpoczęciem tego procesu [tworzenia nowych utworów]. Podsunąłem mu [Larsowi] ten pomysł i mogę powiedzieć, że zaczął o tym myśleć. Wydaje mi się, że w głębi siebie był po prostu szczęśliwy z faktu, że znów tworzy muzykę, nawet jeśli były to kowery. Ale było coś takiego… W tamtym czasie zapanowała moda na kowery z Zooma. Każdy coś wtedy kowerował. Wiesz, były tam wersje akustyczne, były elektryczne i my też zrobiliśmy coś takiego. Zaskoczyliśmy wszystkich tym, co zrobiliśmy z Blackened 2020, było to ekscytujące, ale czy był sens, by dalej kontynuować tę drogę? Moim zdaniem nie. Dawajcie, robimy nową muzykę. I to im powiedziałem. Mówię: „Dawajcie chłopaki, pieprzyć to; zacznijmy pisać coś nowego, po prostu zabierzmy się za nowy album”.

W pewnym momencie Lars do mnie oddzwonił, nie pamiętam, po jakim czasie, i mówi: „Wiesz co? Podoba mi się twój pomysł. Zacznijmy prace nad nową muzyką!”. On może powiedzieć, że tego nie pamięta, ale ja pamiętam ten moment bardzo wyraźnie. Od tamtej chwili wydaje mi się, że zaczęliśmy podążać ścieżką tworzenia nowych rzeczy i myślenia o nowej płycie. Tak to zdecydowanie pamiętam; naprawdę ta rozmowa z Larsem miała miejsce, a potem zaczęliśmy się odzywać do Grega Fidelmana i w tym momencie plan ruszył. Inicjatywa została podjęta i oto mamy świetny album!

Wspomniałeś o tym, jak ważne jest, by być przyjacielem ukierunkowanym na potrzeby różnych ludzi, którzy potrzebują własnych, niepowtarzalnych bodźców. Dla wielu jesteś w pewnym sensie jak klej. Kiedy dokonałeś wspólnie z Larsem tego komunikacyjnego przełomu w sprawie nowej muzyki, a jego odpowiedź była pozytywna, to czy myślałeś sobie: „Dobrze, że ktoś dba o moje potrzeby, że się o mnie troszczy”?

Uważam, że Lars po prostu podłapał ten pomysł razem z muzyką, którą mu wysłałem. Myślę, że na początku był zaskoczony, ponieważ nie było tam akustycznej wersji The Day That Never Comes, a ja poskładałem te pomysły w jedno, ponieważ właśnie tak czułem w tamtym momencie… Może nie była to najwspanialsza rzecz na miarę pojawienia się, nie wiem, krojonego chleba, ale tak właśnie wtedy czułem. Działałem w takim trybie, bo dzwoniłem do kumpli z całego świata [żeby pograć]. Choćby ta minutowa miniaturka z Hiromi – jazzową pianistką. To było super zabawne. Dzwoniłem też do innych i zacząłem po prostu dobrze się bawić przez Zoom. Myślałem wtedy: „To jest to, co musi zrobić Metallica”. Lars podchwycił mój pomysł i zagrał na perkusji. Zaskoczył mnie. Dzwoni do mnie w nocy, cały spocony; Greg jest na drugim ekranie; Myles pomógł Larsowi ogarnąć nagranie, Tye pomógł z moim, bo robiliśmy wszystko w naszych domach, więc inżynierów dźwięku wybieraliśmy z rodziny. Lars zagrał, a to sprawiło, że poczułem się dobrze, ponieważ dostałem odpowiedź, że zamierzamy tworzyć coś wspólnie, jako zespół, że zamierzamy pracować nad całkiem nową muzyką. Bo Lars oświadczył mi, że jest całą sytuacją [kowidową] mocno przygnębiony. Nie tylko mówił, ale też pokazał, że chce to zrobić. I znów nie chodzi tu o samo nagranie. Ważna była jego deklaracja, którą złożył mi – koledze z zespołu.

Jak ważny, z perspektywy czasu, był moment pandemii, kiedy to nie siedzieliście ze sobą w jednym miejscu, kiedy było mniej osobistych spięć, a więcej czasu na zastanawianie się? Czy byłbyś w stanie podjąć decyzję o pracy nad nowym albumem, gdybyś nie musiał wybierać między akustycznym The Day That Never Comes a tymi nowymi pomysłami, nie mając tego dodatkowego (pandemicznego) czasu na zastanowienie się nad kierunkiem swojej kreatywnej pracy?

Myślę, że wszyscy próbowaliśmy poszukać zdrowego rozsądku w zastanej sytuacji – w naszym życiu, w naszych rodzinach, naszej muzyce i karierze. Chciałem po prostu tworzyć z tymi facetami. Bo wiesz, już tworzyłem – sam, z kumplami na Zoomie, ale chciałem też tworzyć z Metallicą. I znowu muszę wyjaśnić: nie jestem w Metallice po to, by próbować narzucać swoje pomysły, bo tak nie jest. Nie o to tu chodzi. Ale myślę teraz o tym, co siedziało mi wówczas w głowie, jak wymyśliłem jakiś dziwaczny, gówniany motyw na akustyku, którego słuchałem później na telefonie i myślałem: „To jest całkowicie okropne”. Ale nie o to chodziło. Chodziło o to, żeby spuścić z siebie całe to ciśnienie, po prostu grając na instrumentach, i nieważne, jaki to instrument. Siedziałem przy klawiszach i coś kombinowałem. Niektóre pomysły nie były fajne, a niektóre były naprawdę świetne, wiesz, o co mi chodzi? Najważniejszą dla mnie sprawą, taką moją terapią, spuszczeniem ciśnienia, było skierowanie tej twórczej energii w stronę Metalliki – miałem nadzieję rozkręcić tę machinę.

Kiedy już wróciliście, żeby przerzucać się pomysłami, to czy czułeś świeżość ponownej wspólnej pracy? Czy czułeś tę świeżą energię? Czy było ekscytujące to poczucie się trochę niepewnie, jak to będzie wyglądać? Jak to będzie podziałać wspólnie z Jamesem? Jak to będzie podziałać, jako całość? Bo nie za często spotykaliście się wówczas na żywo, z wyjątkiem kilku małych występów.

Tak, uważam, że taka niepewność to potężna broń, bo może pomóc rozpalić ogień pod dupą, podminować, żeby wszystko ruszyło. Nie wiesz, co się stanie; czujesz, że jeśli opuścisz gardę, może się wydarzyć to lub owo… Ale dzięki muzyce nie musisz się tym specjalnie martwić, bo głowa zabierze cię w miejsca, gdzie nie będziesz koncentrował się na tym, co negatywne. To też taki proces uzdrawiania przez komponowanie, tworzenie muzyki, sztuki. Jest w tym uzdrawiająca magia.

Wszyscy byliśmy bardzo zaangażowani, ponieważ myślę, że wszyscy czuliśmy tak samo. Uważam, że byliśmy zmotywowani, by chwycić byka za rogi i zacząć działać. James był na to gotowy. Był w świetnym momencie – bardzo otwarty na sugestie i bardzo chętny do współpracy. No i proces się zaczął. To zdecydowanie zaczęło się od Larsa, który słuchał nagranych pomysłów, które rejestrowaliśmy w różnych miastach na poprzednich trasach. On ma nawet zeszyt z pomysłami sprzed piętnastu lat; wiesz, o co mi chodzi, nie? Lars jest w tym bardzo dobry, zabrał się do pracy i to jest ważne.

Popatrzmy trochę na postać Grega Fidelmana przy tej płycie. Wygląda na to, że to on był głównym sterownikiem, przez który przechodziło całe zasilanie. Bo chyba on był kierownikiem tego projektu… Zapytam wprost: czy stwierdzenie, że Greg wrócił z tej przymusowej przerwy nieco bardziej zdeterminowany do bycia stanowczym kierownikiem projektu, jest zasadne?

Greg był niesamowicie elastyczny i nas wspierał, co jest świetne. Był naprawdę przyjaźnie usposobiony – trochę inaczej niż wtedy, kiedy nosi swój kapelusz producenta i egzekwuje, co musi. Był takim trochę tatusiem, do każdego miał inne podejście; musiał się upewniać, czy robimy swoje, czy nikt się nie obija, czy coś, nie? I jest w tym naprawdę dobry. Wiesz, on jest takim typem, że zawsze będzie znał utwory nawet lepiej, niż my, co moim zdaniem jest świetne. Zwłaszcza nasz zespół, bo to nie tylko Greg… Jest Sara [Killion], Jason Gossman, Jim Monti… Ci ludzie wiedzą, co robią. Wiedzą, jak tworzyć niesamowite albumy, wiedzą, co zrobić, by muzyka brzmiała znakomicie, ale znają też utwory. Cokolwiek nagramy, oni znają każdą nutę, każdy niuans. Czasami łapiemy się: „Nie, no przecież grałem to tak”, a oni na to: „Nie, nie grałeś tak”… I potem nam to udowadniają.

Więc przynoszą ci teorię muzyki, kiedy zaczynasz się gubić we mgle sztuki?

Tak, często nadają sens sprawom, które w danym momencie sensu nie mają. Pokazują to, to i to, i nagle jest takie: „O tak, masz rację!”.





Na początku, kiedy utwory się zbierały, wiedziałeś już, czym skończy się ten projekt?

Zawsze szukam w Metallice przestrzeni dla siebie. Co muszę zrobić, żeby poprawić swoją sytuację? Jestem kompozytorem, czy nie jestem? A może mam pomagać utworom tylko za pomocą basu? A może jestem tu, żeby wspierać moich braci i trzymać się z daleka od samej muzyki? Co jest w takim razie moją motywacją? Przez cały ten czas spędzałem na telefonie z Kirkiem mnóstwo czasu, byliśmy ogólnie podjarani nową muzyką. Bo musicie pamiętać, że już wcześniej stawialiśmy sobie wyzywania w naszych stadionowych duetach. Wymagało to dużo pracy, czasu, energii i zaangażowania. Nie miałem z Kirkiem dni wolnych, kiedy byliśmy w trasie po europejskich stadionach, a były to prawdopodobnie jedne z najbardziej przerażających momentów naszego życia. Nie jest łatwo wystąpić przed osiemdziesięcioma pięcioma tysiącami ludzi i zaśpiewać numer Johnny'ego Hallydaya na Stade de France… Ale odbiór był niesamowity.

W każdym razie chodzi mi o to, że spędziliśmy na składaniu tych przeróbek sporo czasu. Także byliśmy w kontakcie. A potem wszyscy wracamy do zespołowej pracy, włączamy Zoom i zaczyna się proces twórczy. Nasza ekipa od nagrywek też na powrót się zbiera. Jason Gossman, który mieszka w Los Angeles był w stanie do mnie przyjść i ogarnąć moje domowe studio. Musieliśmy w zasadzie pobudować studia nagraniowe u sienie w domach, żeby móc zacząć [pracę nad nowym albumem]. Potrzeba dużo wysiłku i energii, a dodatkowo niezbędne jest zgranie całej ekipy, zadbanie o odpowiedni sprzęt i narzędzia to tworzenia naszej muzyki. Kiedy te rzeczy organizacyjne przyśpieszają, kiedy wchodzą na dany poziom, to musisz przyśpieszyć również ty; musisz znaleźć swoje miejsce w tym procesie, trzymać się go i dawać z siebie wszystko. I tak się też działo. To w dużym stopniu zespołowy wysiłek i nie mam na myśli tylko czwórki członków Metalliki; mam na myśli Grega, Sarę, Jasona… Są częścią zespołu.

Nie chcę tu brzmieć jak zdarta płyta, ale wszystko zaczęło się od Blackened 2020 i było to ważne. James sam sobie z tym dał radę. Zaskoczyło mnie to i był to dla mnie właśnie ten moment: oznaczał, że James chciał tworzyć, chciał z nami nagrywać. Mimo tego, że była to tylko przearanżowana wersja numeru Metalliki, to musiał poświęcić czas na jej ogarnięcie. Znalazł się w tej przestrzeni kreatywności i stwierdził, że wszystko jest w porządku. To był dla mnie znak na przyszłość.

Muszę o to od razu zapytać… Bo myślę, że ludzie zakładają, że ogarnialiście wszystkie te pytania w czasie Zoomu albo już po lockdownie przy kawie. Czy kiedykolwiek James rozmawiał z tobą na temat sposobu pracy, czy wziąłeś obraz zadowolonego Jamesa za dobrą monetę i widząc, że ogarnął Blackened 2020, stwierdziłeś, że ma ochotę tworzyć?

Ze mną nie. Nie było takiego momentu, gdzie bym sobie przypomniał, że James mówi, że w to wchodzi.

To ciekawe, że nikt nie rzucił: „Hej, stary, chciałem zapytać, co myślisz o tworzeniu nowej muzyki z myślą o przyszłości?”. A może wszyscy stwierdzili: „Dajmy mu po prostu robić swoje”

Myślę, że chodziło właśnie o to, by mógł robić swoje. Nie chcieliśmy wywierać na nim presji. Fakt, że wysłał nam Blackened 2020, był znakiem: „Hej, chłopaki, wszystko w porządku. Nagrajmy to i zabawmy się. Mam nadzieję, że wam się spodoba. A może nie”. Wysłał nam to i wskoczyliśmy na pokład. Zmusiło nas to do domowego nagrywania i pomocy ze strony naszych „rodzinnych inżynierów dźwięku”, naszych synów i córek. Bo był taki moment, że filmowała mnie moja córka, a mój syn ogarniał dźwięk. Wiesz, pracowaliśmy zespołowo. Rodzinnie! Nawet takie coś pomaga i wnosi ogromną energię i w projekt i w nasz świat.

Skupmy się na Jamesie w czasie procesu tworzenia. Wyciąga rękę i mówi tym, że jest gotowy współpracować przy tej płycie, a wy zawsze byliście chętni do współpracy. Zawsze byłeś rzeką, która was wszystkich łączy. W tamtym momencie - z czym James do ciebie przychodził? Czego szukał? Co ci mówił? Jaki wówczas miałeś pomysł na 72 Seasons? Czy byłeś świadomy tego, że będzie wylewał swą wewnętrzność w tekstach i w śpiewaniu?

Myślę, że wszyscy byliśmy dobrej myśli co do tego, że będzie dzielił się swoimi historiami, energią… Biorąc pod uwagę jakie myśli generowała wówczas sytuacja na świecie, byłoby to prawie niemożliwe, by mogło stać się inaczej. To również sprawia, że ten album jest wspaniały – to, przez co musiał przejść i jak dorastał. To prawie jak odrodzenie, bo na powrót musisz znaleźć połączenie ze swoim wnętrzem, tym, gdzie jesteś i kim jesteś. A dodatkowo przynosisz to i prezentujesz przed nami, a ostatecznie przed światem, więc była to dla niego ciężka chwila. Ja w tym momencie wiem, że dzięki temu będzie to potężna płyta. Myślę, że jedna z ważniejszych, jakie kiedykolwiek nagrała Metallica.

Słychać to nawet w riffach, skąd i kiedy je braliśmy. Riffy przemawiają określonym językiem; to pewien rodzaj mocy, brzmienia, ciężkości, ciętości… Riffy są dla mnie wielkim wpływem. Zawsze powtarzam, że riff naprawdę może określić twoje położenie, twoją przestrzeń w umyśle, to, gdzie się aktualnie znajdujesz, czy skąd pochodzisz. Chodzi mi o to, że jedne z najlepszych riffów powstawały w trudnych warunkach, trudnych sytuacjach – czy to w Birningham w Anglii, czy południowo-środkowym Los Angeles, wiesz, co mam na myśli, nie? Bo skąd Slayer wyciągnął Reign in Blood? Wynikało to pewnie w wspływu miejsca, w którym dorastali i z tego, czego doświadczyli. Zawsze tak mówię o gościach typu Tonny Iommi, James Hetfield, czy Jeff Hanneman. Tworzysz dzięki temu, co masz w sobie, dzięki temu, czego doświadczyłeś, a niektóre z tych doświadczeń mają większą moc, niż inne. Taki jest właśnie album 72 Seasons; ma sobie dużo energii każdego z nas. Każda zagrana nuta pojawia się tam nie bez powodu – pochodzi z serca i duszy, z tego, jakimi jednostkami teraz jesteśmy i jak podchodziliśmy do procesu tworzenia i budowania tych utworów i wszystkiego, co wokół. Dla mnie każda nuta tej płyty jest ważna i wierzę, że ludzie to poczują.

I jak mówisz, to w dużej mierze cztery strumienie wpływające do jednej rzeki. Jest na tym albumie energia całej czwórki – wszystkie wasze frustracje, radości, nadzieje, lęki, niepewności i zachwyty. Wszystko to orbituje oczywiście wokół tekstów Jamesa.

Mówię tak w imieniu nas wszystkich, ponieważ osobiście wiem, że każda nuta zagrana przeze mnie na tym albumie miała określone znaczenie i wypłynęła prosto z serca – bardziej, niż na którejkolwiek wcześniejszej, jaką nagrałem z Metallicą. Ten album naprawdę rezonuje z tym, co się wtedy działo w moim życiu. I myślę… Tzn. nawet nie myślę, ja to wiem, że ludzie to poczują. Na tym polega magia muzyki. To dlatego słuchasz starych, klasycznych utworów – bo ci goście grają od serca, kierują się doświadczeniem, a każdy fragment, jaki grają, coś znaczy. Czy to Black Sabbath, czy nawet Santana. Carlos czerpie z miejsc, w których się znajduje i tę pasję przekazuje za pomocą gitary. Tak właśnie myślę o naszej nowej płycie. Naprawdę wierzę, że wszyscy graliśmy z głębi serca i ten duch współpracy jest tym magicznym składnikiem 72 Seasons.





Czy uważasz, że zespołowo zyskaliście między sobą więcej przez to, że wszyscy wnieśli grupowo w tę płytę swoje i dzięki nagraniu 72 Seasons macie jako zespół więcej chemii?

Tak, jest między nami pewien poziom wdzięczności za taki krok. Prywatnie jesteśmy całkiem różni, ale jako zespół, elementy jakie wnosimy do naszej muzyki są ważne i cenne. To jest nasz przepis. Czuję ten rodzaj szacunku i zrozumienia dla rzeczy, które robi każdy z osobna w tym zespole. To coś, jak ponowne zgrywanie się, jakbyś uczył się rozumienia i doceniania rzeczy, których w pełni mieć nie możesz. Rozumiesz ten sposób funkcjonowania, ale pojawiają się też elementy, które pozwalają zrozumieć ci więcej, a to oczywiście pomaga w tworzeniu nowej muzyki. Te dwa lata, kiedy z Kirkiem tworzyliśmy muzykę na innym poziomie… Nie wiedziałem, że on tak potrafi grać! A byłem z tym kolesiem w kapeli 17 lat. Coraz więcej się dowiaduje o moich kompanach z zespołu. Myślę, że to naprawdę potężna sprawa, która wydarzyła się niemal po dwudziestu wspólnych latach – to odkrywanie nowych możliwości u moich kolegów z zespołu, tego, co jeszcze mogą wnieść i jak bardzo są wyjątkowi dla Metalliki.

Inną sprawą jest jeszcze to poczucie dumy z tego, że próbujemy być lepsi; próbujemy zwolnić tempo, próbujemy rzucać sobie nieco większe muzyczne wyzwania. Myślę, że to też jest ważne i daje pogląd na to, dokąd zamierzamy w przyszłości wybrać. A z tą kapelą pomysłów nie zabraknie, obiecuję ci to. To znaczy, wiesz, Kirk już podsyła mi 300 pomysłów! Dobra, będę z tobą szczery – nie wiem, ile ich jest. Mieliśmy mnóstwo riffów, co jest w porządku, bo było ich naprawdę dużo. Chcę powiedzieć tylko, że muzycznych inspiracji nie brakuje. Faktem jest, że naprawdę staramy się, by stawiać przed sobą wyzwania i być jeszcze lepszymi w czasie koncertu. Jeśli posłuchasz niektórych nagrań koncertowych sprzed kilku lat i porównasz z tym, gdzie się obecnie znajdujemy, to jest interesujące, bo czuję, że jako zespół rozwinęliśmy się. Byłem bardzo dumny z koncertów na czterdziestolecie, bo zauważyłem, że niektóre numery zagraliśmy tam lepiej, niż kiedykolwiek. Biorąc pod uwagę to, jak długo ten zespół ze sobą gra, to całkiem fajne spostrzeżenie, które pozwala na to, by Metallica parła naprzód.

Czy uważasz, że zaufania między wami jest dzisiaj więcej? Ufacie sobie nawzajem, żeby rozumieć, że każdy z was jest inny, ale to jest jak najbardziej w porządku, bo kiedy się spotykacie, właśnie dzieję się fajne rzeczy.

To świetne pytanie, bo jest zaufanie, ale jest też szacunek. A czasami – i zdarza się to w każdym zespole – dzięki temu czujemy się ze sobą dobrze. Nikt z nas nie jest ideałem. Mamy swoje nastroje. Coś z twojego życia osobistego może wpłynąć na to, jak prezentujesz się na scenie; próbujesz tworzyć, czy ćwiczysz i zanosisz to na scenę. Wszyscy mamy takie momenty, wszyscy ponosimy za to winę; każdy w Metallice ci to powie. Czasami to uwiera jak wrzód na dupie, ale najważniejsze jest to, że kiedy już tak się dzieje, czuć szacunek. Nigdy nie tracimy zimnej krwi; tu już nie ma walk. Rozumiemy, co musimy zrobić dla dobra naszej zespołowej rodziny; wiemy, co musimy zrobić dla muzyki. Wszyscy mamy swoje mocne, ale i słabe strony.

Od kiedy dołączyłem do Metalliki, nigdy w życiu nie śpiewałem, więc fakt, że mogę teraz robić chórki, jest całkiem fajny. Po raz pierwszy mogę śpiewać na płycie Metalliki (w You Must Burn) i wspierać tym Jamesa. Jestem z tego bardzo dumny. Stajemy się więc coraz lepsi, uczymy się i wciąż rozwijamy w zespole, a poziom szacunku jest znacznie wyższy. Lars do mnie często dzwoni i czasem sprawdza, co mam do powiedzenia na jakiś temat – tak samo Kirk. Uwielbiam to; podoba mi się, że istnieje to zaufanie i szacunek.

Zanim przejdziemy do omówienia kilku nowych utworów, myślę, że ważną sprawą, która miała miejsce w trakcie tworzenia albumu, jest to, że zostałeś zaproszony przez swojego dawnego pracodawcę, legendarnego Ozzy’ego Osbourne’a, do nagrywania jego albumu – Patient Number 9 – i skomponowania kilku numerów.

Tak, fajnie było. Jestem wdzięczny Ozzy’emu za odnowienie kontaktu. Fajnie było pobyć w jednym miejscu z Chadem Smithem, Andrew Wattem, Ozzym i ich zespołem od nagrywania, tworzyć muzykę skupioną wokół jammowania. Wiesz, śp. Taylor Hawkins też był częścią tej ekipy. Tak więc możliwość pracy z tymi facetami była czymś naprawdę wyjątkowym. Ale przede wszystkim chodziło o to, by pomóc Ozzy’emu. Niestety straciliśmy jednego z najwspanialszych gitarzystów na świecie – Jeffa Becka – on też gra na Patient Number 9, gra solówki, a jego gitara pieczętuje cały utwór. Świadomość, że ogromna część tej muzyki pochodzi z mojego serca i duszy, i że dołożył się do niej Jeff, jest dla mnie największym skarbem. Naprawdę doceniam to, do czego zaprosił mnie Ozzy.

Przypatrzmy się kilku utworom z 72 Seasons, tym, do których się mocno dołożyłeś, z którymi jesteś nierozerwalnie związany. Myślę, że tym, który wyróżnia się najbardziej i ten, na który najbardziej zwróciłem uwagę w czasie pierwszego słuchania, jest You Must Burn! Jest tam w środkowej części taki pokręcony, przewiewny riff. Pomów trochę o tym i też o tych, w których - tak jak je przedstawiłeś – sporo było twojego zaangażowania: Screaming Suicide, Chasing Light i Inamorata.

Jedną z rzeczy, które ekscytowały mnie kiedy dołączyłem do Metalliki, był pomysł, żeby nauczyć się sposobu, w jaki ten zespół tworzy i rozwija kompozycje, biorąc najpierw malutki fragment i obserwować, jak to się rozwija w piękną kompozycję albo w ciężki, potężny numer. Obserwacja podejścia do wokali, ich harmonii, wszystkich tych połączeń melodyjnych elementów z rytmicznymi… Lars dokłada te plemienne wstawki perkusyjne, które wykorzystał w wielu nowych utworach. U Kirka czuć sporo duchowości. Dla mnie to naprawdę niesamowite edukacyjne doświadczenie, w którym oprócz tworzenia, mogę ich po prostu wspierać.

Ale wracając do You Must Burn! To znów był pomysł, który narodził się w naszym pokoju prób i zaczęliśmy nadawać mu kształtu. Jak to robiliśmy? Jammowaliśmy. Zaczął tego kształtu nabierać i w pewnym momencie po prostu sam się budował i szedł w określonym kierunku. Ta konkretna środkowa część pojawiła się z jammu, jest bardzo nastrojowa i w tym miejscu może stać się niebezpiecznie. Lubię to, jak chodzi tam bas; ma coś wspólnego z przechodzeniem przez las, jak scena z filmów Tima Burtona, czy coś takiego. Takie mam wrażenie. I się z Jamesem zaczęliśmy nad tym zastanawiać, bo jammowaliśmy to tylko we dwóch. Była to dla mnie szczególna chwila, bo ilekroć mogę znaleźć z Jamesem tę nić porozumienia, zaczyna się naprawdę świetna zabawa. Wiesz, po prostu znaleźliśmy wspólną przestrzeń; to tak, jakbyśmy surfowali na tej samej fali. To samo było z Suicide & Redemption [z Death Magnetic]. Byliśmy – chyba to była RPA – zacząłem od tej pulsującej linii basu. Potem James szukał tych mocnych akordów na zasadzie kontrapunktu. Zawsze jest świetnie, kiedy tylko trafisz w odpowiedni moment. Wtedy coś zaczyna działać.

Porozmawiajmy trochę więcej o rozwijaniu partii wokalnych na 72 Seasons.

Po raz pierwszy James i Greg naprawdę mi zaufali w nagraniach tej rangi. Byłem zaskoczony, kiedy dostałem telefon od Grega, bo miałem wpaść pograć trochę na basie, a wtedy on mówi: „Chciałbym, żebyś też zaśpiewał w kilku momentach”. A ja na to: „Naprawdę?”. Poddenerwowałem się lekko, a jednocześnie zmotywowałem. Na szczęście dla mnie jest to część, która pasuje do mojej strefy komfortu, że tak powiem. Klimat i - nie powiem o jakości tego, co miałem do zaoferowania – ale ten moment pasuje do mojej osobowości, do mojego głosu i bardzo dobrze wpasowuje się w to takie załamanie basu. Więc super, że mogliśmy podziałać z Jamesem akurat w tamtym fragmencie, że mogliśmy pograć i potworzyć, no i na koniec mogłem tam zaśpiewać!

Pogadajmy o Inamoracie i tamtym załamaniu basu – innym załamaniu. Wiesz, myślę, że w pewnym momencie Inamorata zostanie uznana za jeden z najważniejszych utworów, jakie Metallica skomponowała w swojej historii. Ten fragment, kiedy basujesz w towarzystwie hi-hata – to ważny mostek w tym numerze. Taki trochę sabbathowy – ma trochę tego swingującego rytmu, sobie płynie.

Uważam, że James miał taką wizję swego rodzaju Sabbathowego, Gezeerowego momentu, kiedy główną rolę gra bas. Piękna i mroczna wypowiedź basowej gitary. Taka niby surowa, ale ma w sobie to mroczne piękno. A co próbowałem robić? Po prostu zamknąć oczy i dać się poprowadzić każdej nucie. Opowiadam, że utwór przypomina mi… To jest jak skrzyżowanie autostrady Pacific Coas, jadącego w słońcu kabrioletu w piękny dzień, po lewej, czy tam po prawej stronie ocean… Zależy od kierunku z którego jedziesz. Ma w sobie ten rodzaj wywyższenia, ważności, co jest bardzo fajne; nigdzie się nie śpieszy. To jak jazda po pięknym wybrzeżu Kalifornii. A kiedy dochodzi do tego załamania, brzmi potężnie, silnie, surowo – naprawdę piękny moment. Może ocean tak właśnie przemawia… Tak to widzę. Widzę fale, moc oceanu, słońce, linię brzegową. A kiedy bas się łamie, wybrzmiewa ten surowy, piękny fragment, a ja zamknąłem oczy i dałem się prowadzić każdą nutą. Starałem się, by było nieco melodyjnie, ale później chciałem zrobić trochę miejsca Jamesowi, żeby mógł się tam wślizgnąć i żebyśmy wspólnie pokombinowali. To jeden z moich ulubionych momentów w Metallice.

Wiesz, myślę o tych niesamowitych rzeczach, które z utworami był w stanie zrobić Cliff. Czuję, że z Inamoratą zdobyliśmy Wielkiego Szlema. To jak krzyżówka pięknego, starego filmu z obrazami pokazującymi Kalifornię, Jest w tym coś pięknego. Dla mnie smakuje to w określony sposób i ma w sobie konkretne odczucia.

No to teraz mam do ciebie pytanie żółtodzioba, muszę je zadać, bo jeśli tego nie zrobię, to zrobię krzywdę każdemu fanowi. Mam w sobie takiego fana, który pomyślał, że kiedy wszyscy usłyszeliście gotową Inamoratę, złapaliście za telefony i stwierdziliście: „Łał! To jest naprawdę po prostu niesamowite!!”. Wiesz, pogadaliście o tym przy jakiejś kawie, czy czymkolwiek innym? Czy coś takiego w ogóle ma miejsce? Czy Metallica spotyka się i strzelacie motywacyjną gadkę w stylu: „Wszyscy zrobiliśmy kawał dobrej roboty!”?

To świetne pytanie. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz poklepywaliśmy się po plecach. To połączenie twardej miłości, wiesz, z szacunkiem i poczuciem tego, że twój brat cię wspiera i tego typu rzeczy. I zawsze dajemy sobie nawzajem do zrozumienia, że nam na sobie zależy. Tak to działa. A jeśli któryś na scenie zrobi coś fajowego, co świetnie zabrzmiało, albo wydźwięk tego był zabójczy (co zdarza się coraz częściej), to jest to bardzo fajne. A jeśli chodzi o coś typu: „Hej, stary, daliśmy radę zrobić wielki sukces tym nowym albumem” itd., to takiej rozmowy jeszcze nie było. I zobaczymy, czy w ogóle chcemy ją odbyć. Ale myślę, że wewnątrz wiemy, że zrobiliśmy wszystko, co było w naszej mocy; włożyliśmy dużo energii i emocji w tworzenie tej płyty, a biorąc pod uwagę to wszystko, co wydarzyło się przed jej tworzeniem, przez co wszyscy przeszliśmy, myślę, że taka rozmowa się odbędzie. To musi się stać. Wierzę, że zawsze można przejść na poziom wyżej. W sumie, to moim zdaniem, przeszliśmy o ten poziom wyżej względem ostatniej płyty i jeśli będziemy tę podróż kontynuowali, będę najszczęśliwszym gościem na świecie. Do tego właśnie dążymy. Wierzę, że nadal możemy nagrywać dobre krążki, które znajdą swoje miejsce na jeszcze innym poziomie niż ten, nad którym teraz pracowaliśmy. I muszę to powiedzieć, bo podzielam pogląd, że 72 Seasons to album wyjątkowy ze względu na ducha współpracy, którego wnosimy.





Jak myślisz, który nowy numer będzie hitem na koncertach?

Dla mnie Screaming Suicide jest tym, który wg mnie będzie działał na żywo z publiką, ponieważ jest w niej ten element rytmu i James zdecydował się na tego rodzaju zwrotkę. Może jest to część, jakiej nie chciał albo nie mógł z jakiegoś powodu wykorzystać w przeszłości. Nie wiem… Nazywam ją „alternatywną”. Jest świetna. Zwrotka w tym numerze różni się od wszystkiego, co kiedykolwiek Metallica stworzyła i ma tę aurę cholernego groove’u, który jest tak zaraźliwy, że od razu chwyta cię za tyłek i cóż, musisz poskakać. Nie mogę się doczekać, kiedy zagramy go na żywo, bo już słyszę ten tłum. James mówił w czasie kręcenia teledysku, że to będzie numer idealny do grania na koncertach. Ekscytuje mnie to. Są to wyjątkowe chwile, które można sobie wyobrazić, jak będą wyglądać. To jest utwór, przy którym najwyraźniej wyobrażam sobie, jak to będzie pod względem energii i płynności. Jestem gościem od groove’u. Uwielbiam zespoły, które mają ten rodzaj rytmu. Wywodzę się z funku starej szkoły i mocnego groove’u!

Na koniec czysto techniczne pytanie o sprzęt, jakiego użyłeś na tym albumie. Możesz?

Jedną z zabawniejszych rzeczy, jaką robimy próbując znaleźć brzmienie, szczególnie dla basu, jest próbowanie ośmiu różnych instrumentów: od Fender Precision Bass do Warwicków. I w tym zestawie mogą być cztery rodzaje Fender Precission, od starszych po nowsze. Dużo czasu poświęcamy na znalezienie tego, który przysłuży się utworowi. Znajdujemy taki, który spełnia te warunki, rezonuje odpowiednio, trzęsie ścianami, ma trochę takiego rodzaju gniewnego brzmienia, tak potrzebnego w takiej muzyce. Zawsze powtarzam, że lubię basy, które brzmią jak worek treningowy: kiedy w niego uderzysz, po prostu ma tę prezencję, tę osobowość, nastawienie. Zawsze czuję się tak, jak bym z nimi dorastał. Gdyby bas był postacią, mógłby surfować po najlepszych falach, wyjechać z parku na rolkach i stanąć ramię w ramię w walce. No… I bas, który został wykorzystany na tym albumie, to dla mnie właśnie takie postacie. Ale nie mogę ci powiedzieć, który z nich, bo to moja tajemnica…

Taki cichy kompan.

Cichy kompan. Ale zdumiewa mnie fakt, że to nowszy bas, może z ostatniej dekady, co jest szalone, bo kocham starsze basy, zabytkowe instrumenty i zawsze chcę, żeby to one wygrywały. Ale niestety nie dały rady i bohaterem jest ten nowy koleżka. To on dźwięczy na tym albumie. Nie mogę ci powiedzieć, co to za jeden!




PS: Po wielu obradach, wiele tygodni później Rob zdecydował się zdradzić mi tę tajemnicę… Uwaga! Werble! To pięciostrunowy Warwick, który nie opuszcza studia. Widzicie, co mam na myśli mówiąc, że Rob jest wspaniałym facetem?!



aktualizacja: treść pełnej wideo-rozmowy udostępniona została 7 kwietnia 2023











Marios
Overkill.pl


Waszym zdaniem
komentarzy: 5
Tylko zalogowani użytkownicy mogą dodawać komentarze.
Foggy77
04.04.2023 03:12:34
O  IP: 37.225.45.242
Maci3k - Brak Larsa na tej trasie, to by byla cudowna wiadomość, wzięliby Lombardo znów za gary i by był ogień :-)
Dudrix
03.04.2023 20:30:49
O  IP: 87.239.222.226
Dobra robota ;) Ciekawy wywiad, czekamy na reszte
Maci3k
03.04.2023 19:01:11
O  IP: 178.42.119.68
Cześć. Dziś gdzieś trafiłem na info, że Lars nie będzie obecny na europejskiej trasie. Będzie miał zastępstwo. Ktoś spotkał się z takim info? Mam nadzieję, że to szybko będzie zdementowane :)
BME
02.04.2023 11:49:53
O  IP: 176.221.122.23
Szacun że sie chciało! :)
Piccol
02.04.2023 10:01:05
O  IP: 212.180.221.12
Hej Marios! Mega ogromne dzięki za przetłumaczenie wywiadu!!
OVERKILL.pl © 2000 - 2024
KOD: Marcin Nowak