Wszyscy fani cieszą najnowszą ofertą od Metalliki, czyli Metalowymi Poniedziałkami. Wracamy na moment do trzeciego tygodnia spotkań, gdy odwiedziliśmy Kopenhagę na koncercie z 2009 roku. Redaktor naczelny sekcji
So What!,
Steffan Chirazi, wrócił pamięcią do owych szczególnych występów, które wylądowały w ostatniej puszce
Fan Can w 2010 roku.
tekst: Steffan Chirazi
tłumaczenie: Marios
Słuchajcie, nie będziemy przedzierać się przez gąszcz pięciu ówczesnych występów. Te pięć sztuk, które odbyły się wtedy w Kopenhadze w czasie trasy
World Magnetic, kręciły się wokół jednego człowieka. Jeden człowiek i jego kraj, jeden człowiek i jego królestwo, jeden człowiek i jego lenno… I nie chodzi mi tutaj o
Viggo Mortensena ani
Larsa von Triera… a nie, czekajcie… Chodzi o Larsa! Dokładnie naszego Larsa – Oto
Lars Ulrich… Albo - OOOOOOOOLLLLRICH!!! Ewentualnie - LAAS OOOOLRIK!!!!!
Nie wierzycie za bardzo w te królewskie porównania, co? Spróbujcie się kiedyś przejść z Larsem po Kopenhadze (i sprawdźcie, czy dotrzecie do końca przechadzki). Albo usiądźmy i zastanówmy się, czym tak naprawdę był ów pięciokoncertowy bieg.
Z pewnością wyścig ten był skonsumowaniem potęgi Metalliki i namacalnym dowodem ogromnej duńskiej bazy fanów, którą zespół zdołał zbudować. Ale było to przede wszystkim potwierdzenie faktu, że Lars jest kochany w swojej ojczyźnie. Potwierdziło się także to, że Lars osobiście zna każdego miejscowego Duńczyka. Jego prywatny vipowski pokój w kopenhaskim Forum, był wielkości Luksemburga, a to wszystko dlatego, że Lars, jak to Lars – nalegał, by wszystkim obecnym zapewnić ulrichową gościnność. A byli tam wszyscy, z którymi pałker miał wówczas kontakt, czyli... wszyscy miejscowi Duńczycy. Ale już poważnie – nigdy nie widziałem tak dużego i liberalnego zgromadzenia w zakulisowej, prywatnej strefie. Były widoczne wszystkie sławne, mniej sławne i zdecydowanie niesławne odpały: dotykanie po ramionach, kolanach, etc. A wszystko to podczas jednego, szczęśliwego spotkania.

Zanim przejdziemy dalej, zatrzymajmy się na chwilę i zastanówmy, czy Duńczycy lubią drinkować. Ci uroczy, zdziczali, cholerni Wikingowie mają wnętrzności z żeliwa i jedne z najsilniejszych nóg, więc pozwalają sobie by ich plugawe, rechotliwe duchy przeszłości, wkręciły się w imprezę z pełnym zaangażowaniem. Inną rzeczą, związaną z hedonistycznym, duńskim biesiadowaniem jest gwałtowny wzrost poziomu gardłowego mówienia, gdzie wszyscy, wydaje się, na siebie krzyczą: Ja, Ty, ściana, podłoga i puste szkło, w ogóle świat – zanim wszyscy wybuchają ogłuszającym śmiechem, uzupełniają szkło i piją więcej.
Tak się zastanawiałem, że gdybyś miał więcej niż jedną taką nockę, a chciałbyś nakręcić świetny niezależny film, to mógłbyś wybrać się do vipowskiego pokoju Larsa Ulricha i pochodzić po tym terytorium, kręcąc wszystko od początku do końca. Sama głośność każdego wieczoru w tym pomieszczeniu była kakofoniczna. Był to niepohamowany dźwięk gościnności i radości, a wibracje tam panujące, były zawsze tak całkowicie pozytywne, że nawet osoby cierpiące na agorafobię, jak i te mizantropiczne odnalazłyby głęboką, wspólną radość.
Czy już wspominałem, że ci ludzie piją?
Przed każdym koncertem byłem tam po prostu dla rozrywki. 16.00 – była tą nową szczęśliwą godziną, gdy tysiące tych głośnych i dumnych osób wesoło oddawały się trawieniu, zanim drzwi do pokoju się otwierały, gdzie można było kontynuować zabawę w szybszym tempie. W międzyczasie Lars wypełniał dni przeprowadzając niezliczone wywiady dla duńskich mediów (nie wierzę, że jakikolwiek naród ma więcej medialnych rynków zbytu, biorąc pod uwagę to, czego byłem świadkiem, i jestem świadkiem za każdym razem, gdy Metallica gra w Danii). Ulrich zajmował się także rodziną i znalazł czas na dalsze organizowanie grup przyjaciół i znajomych, które mogłyby sięgać nawet czasów przedszkolnych… Nie wiem.
Było to rozciągnięcie towarzyskiej aktywności od świtu do zmierzchu i z powrotem. Lars spotykał dosłownie każdego: od
Kena Anthony’ego do kolegi z dzieciństwa, który „robił na lotnisku” (zostałem rzetelnie poinformowany, że jeśli kiedykolwiek będę miał z czymkolwiek problem, ów przyjaciel zapewnił mnie, że załatwi co trzeba. Jeśli będę chciał przejechać przez terminal na słoniu, mając na sobie zbroję i wrzeszcząc numery
Dio, to on to załatwi).
Na miejscu byli członkowie
Mercyful Fate i pamiętam, że goście z
Mastodon robili na wszystkich wrażenie do tego stopnia, że byli w stanie spotkać się w ostatnim barze przed odcięciem – niesławnym szynku Hong Kong w Kopenhadze. Były to dni, kiedy
Lamb Of God zaczynali wieczór od kilku kołysanek i ballad, a w setliście Metalliki znajdowały się perełki dla wybranych.
Statystyki z
czwartego wieczoru: Dyers Eve po raz pierwszy zagrany w Kopenhadze,
Phantom Lord – w Kopenhadze pierwszy raz od grudnia ’84. No i debiut
Suicide And Redemption.
Wieczór #5: 18. koncert w Danii. Pierwszy raz od dwunastu lat wykonali wówczas na żywo
Ecstasy of Gold i
Of Wolf And Man. Jeszcze na innym występie z tamtego czasu pierwszy raz na duńskiej ziemi zaprezentowali
Turn the Page.
Koncert #2 (zaprezentowany w Metalowym Poniedziałku), to grany po raz pierwszy w Kopenhadze
Trapped Under Ice.
Wieczór #3 to debiut
Hit the Lights w stolicy.
Oto pełny obraz tych koncertów. Dużo nowości, pakiet skarbów. Aha, no i wypijano każdej nocy jezioro alkoholu. Duńczycy lubią urządzać przyjęcia, szczególnie, gdy są zaproszenia… i kiedy ich nie ma. Jezu, kocham to miejsce. Niedużo mi już brakuje, żeby zostać pełnoprawnym ekspertem od Danii. Powinienem też zwrócić uwagę na ważny fakt: dziesiątki tysięcy organizmów zostało uratowanych, ponieważ pomiędzy koncertami #3 i #4 przewidziano trzydniową przerwę (nie dla Metalliki oczywiście – oni odwiedzili wówczas Finlandię).
Publiczność kopenhaskiego
Forum została wybrana z członków
MetClubu jako podstawa pod składanie
Fan Can VI. Był to dobry wybór, zważywszy na to, że każdy koncert rejestrowała grupa MetClubbersów uzbrojona w kamery i wysłana w bój, by dokumentować każdy koncert z różnych, fanowskich perspektyw. Prawdziwe fanowskie podsumowanie tej podróży.
Korzenie łączące Metallicę z Danią są z pewnością wyjątkowe. A owe pięć wieczorów w Forum były wszystkim, czego można oczekiwać od takiego małżeństwa, i nie tylko to. Nie musicie wierzyć mi na słowo. Zrób sobie jeszcze jedną posiadówę z koncertem #3 Metalowych Poniedziałków. Możecie też odpalić sobie wszystkie pięć audio streamingów, dokumentujących te koncerty i wysłuchać na swoim telefonie. Radzę jednak popatrzeć tylko na jeden koncert (nie masz wystarczająco dużo piwa pod ręką, a sprzątanie po wszystkim będzie przerażającym doświadczeniem. No i nie chcesz demolować sobie mieszkania i wybiegać na zewnątrz w samych majtkach, wydzierać się i machać przy tym wszystkim butelką).
A, i jeszcze jedno na koniec: czy wspominałem już, że ci cholerni dranie potrafią naprawdę pić i pić?
Marios
Overkill.pl