W
I
Ę
C
E
J

«

N
E
W
S
Ó
W
METALLICA - ERFURT 13.12.2003 - RELACJA
dodane 01.01.2004 00:00:00 przez: Overkill.pl
wyświetleń: 1366
W oczekiwaniu na 31 maja i koncert Metalliki na Stadionie Śląskim zamieszczamy recenzję koncertu, który odbył się 13 grudnia ubiegłego roku. Nie zabrakło na owym gigu naszych rodaków - Overkilowców - Xyma, Szymek, Ronnie, ArkapA oraz autor poniższej relacji Kot . Zakosztujcie tej atmosfery, która już za nieco ponad sto dni będzie i nam dana.



METALLICA - ERFURT 13.12.2003

Trzeci koncert jednego zespołu w tym samym roku. Wydawać by się mogło, że to może być trochę nudne. Jednak nie w przypadku Metalliki - szczególnie teraz, kiedy za sprawą mieszania setlist każdy koncert jest unikatowy. Ekscytacja wcale nie była mniejsza, niż przed pierwszym gigiem w Berlinie.

Zwyczajowo już do ostatniego dnia przed koncertem śledziłem i analizowałem setlisty ostatnich koncertów w ramach tej gałęzi trasy, aby móc możliwie precyzyjnie oszacować czego możemy się spodziewać. Wiedziałem więc już, że koncert na pewno zacznie się od Battery. Wiedziałem także, że dane mi będzie usłyszeć aż 4 kawałki z nowej płyty (zaczęli tak robić na poprzednim koncercie, 11 grudnia we Włoszech - Frantic przeskakuje na miejsce Bellz i tu pojawia się Dirty Window - i jak się później okazało, szybko przestali). Ponieważ Fade zaczął pojawiać się w grudniowych setlistach zdecydowanie częściej niż podczas letniej trasy, łudziłem się także, że wreszcie usłyszę i zobaczę na żywca także ten mój ukochany kawałek.

Do Erfurtu z naszej ojczystej ziemi wyruszyliśmy z pewnym opóźnieniem w stosunku do pierwotnego rozkładu z przyczyn niezależnych. Pewnym więc było, że dojedziemy na miejsce dosyć późno. Pojawiło się pytanie, czy nie za późno, aby udało się zdobyć przysłowiowe 'pole position'. Te i wiele innych obaw (w końcu koncert tym razem miał się odbyć w hali) towarzyszyło nam przez całą drogę - w sumie dobre 5 godzin.

Gdy już zaczynało robić się ciemno, wreszcie dotarliśmy do Erfurtu. Miasteczko trochę nas zaskoczyło - nie tylko wyglądem, ale także brakiem jakichkolwiek drogowskazów gdzie jest owe Messehalle, na którym będzie się tego wieczora działo to, czego z pewnością nie zapomnimy do końca życia (w Grafen już kilka kilometrów przed były co rusz drogowskazy i trudno się było zgubić). Pojechaliśmy na czuja i nasz czuj jak zwykle nas nie zawiódł :). Przyuważyliśmy jakiś duży budynek i spory parking pod nim, podjechaliśmy, spytaliśmy sympatycznego pana w budce 'Metallica konzert hier?' (czy coś w tym stylu :)) i gdy usłyszeliśmy upragnione 'Ja' wiedzieliśmy już że to koniec naszych poszukiwań.



Na parkingu spotkaliśmy poczciwego Ronniego i od tej pory byliśmy już w komplecie. Uderzyliśmy pod Messehalle na zwiady. Pod jednym z dwóch wejść uzbierała się już całkiem pokaźna grupa napalonych niemieckich metallifukkerów. Gdybyśmy stanęli za nimi to byśmy chyba stali gdzieś daleko od sceny. Ale sprytni Polacy wiedzieli co zrobić z nieokrzesanymi Niemcami i po krótkiej wizycie w toalecie (wszystkie drzewka w sadziku nieopodal były akurat wolne) wtryniliśmy się z boku lewego wejścia - prawie pod samą bramkę - od której dzielił nas 1, może 2 hannawaldów.




Ochroniarze zwyczajowo już pojawili się nieco wcześniej, aby rozjuszyć dodatkowo tłum. Zgromadzeni fani wykrzykiwali w ich stronę jakieś hasła w swoim uroczym języku, których jak zwykle nie mogliśmy zrozumieć. Trochę zmarzliśmy - nie chcieliśmy bowiem tracić czasu na szatnię, więc kurtki zostawiliśmy w samochodzie, a w grudniu wieczorem to na dworze zbyt ciepło nie jest. Jednak dla Metalliki gotowi byliśmy czekać tam nawet nago w śnieżycy. Pozostała kwestia przemytu drogocennej wody. Ja obrałem mało skuteczną taktykę schowania butelki w rękawie. Sprytniejsi okazali się Arkapa i Xyma - ten pierwszy dwie butelki schował pod nogawkami, a Xyma umieścił swoją tam gdzie macają tylko w więzieniach. W plecaku natomiast odpoczywał sobie zawinięty w fanklubową flagę Overkilla aparat fotograficzny. Wreszcie otworzyli furtki - zaczęła się zwyczajowa walka o byt. Odpychając na bok 2 małe stworzonka stojące przy barierce przed nami byliśmy jednymi z pierwszych wpuszczanych. Moja woda z rękawa oczywiście wylądowała w koszu i na nic zdały się błagalne epistoły w kierunku ochroniarza o treści "Wasser!!!" wypowiedziane błagalnym głosem. Duetowi cwaniaków A&X oczywiście się udało i aparat we fladze też przeżył bez szwanku.

Zaczął się wielki maraton ku scenie. Szymek, jako że wszedł najwcześniej już bunkrował miejsce pod barierką. Mój szaleńczy bieg próbował uspokoić przypakowany misiu stojący na środku hali i łagodnym głosem godnym psychoterapeuty przemawiał do mnie "langsam", co spowodowało zmniejszenie prędkości na mniej więcej 3 sekundy (tyle mi zajęło wyminięcie go), a potem kontynuację opętańczej jazdy ku zwycięstwie. Ja jako drugi wcisnąłem się między Szymka a jakąś dojczowską blondynę której najwyraźniej nie pasowała moja tam obecność, gdyż uniemożliwiałem jej swobodne chłodzenie prawego łokcia. Odporny jednak na germańskie bluzgi dumnie trzymałem mojego skrawka metalowej rury. Po chwili dołączyli Ronnie, a następnie A&X z wodą, plecakiem i flagą. Pierwsze co zrobiliśmy to spojrzeliśmy przed siebie aby ocenić w ogóle gdzie dokładnie się znajdujemy i jakie mamy warunki na podziwianie show. Okazało się że stoimy dokładnie naprzeciw lewego mikrofonu - Sui, jestem pewien, że właśnie tam i Ty byś się znalazł. Scena okazała się średnio szeroka, więc nie przejmowaliśmy się tym zbytnio. Uradował nas fakt, że była stosunkowo niska, nie trzeba będzie wychylać się na paluchy by dostrzec Larsa. Po wymianie pierwszych wrażeń (głębokie wypowiedzi w rodzaju "Zajebiście!" itp.) zabraliśmy się za wyjmowanie flagi. Chcieliśmy ją od razu rozwiesić, ale okazało się że... nie ma aparatu!!! Jak to możliwe? Czyżby ochroniarz go wypatrzył we fladze i zabrał? Rozejrzeliśmy się wszędzie dookoła - nigdzie nie widać aparatu. No to po zdjęciach. Ronnie jednak wypatrzył znajomo wyglądający sznureczek pod metalowym stopniem po drugiej stronie barierki. Tak! To był sznureczek od aparatu - musiał wypaść kiedy rozwijaliśmy flagę. Ale to nie był koniec kłopotów.

Spokojnie zabraliśmy się za rozwieszanie flagi FKO. Ochroniarz przez chwilę obserwował co robimy a potem podszedł i zaczął przemawiać do nas jak zawsze bardzo zrozumiałą dla nas niemczyzną. Poprosiliśmy o angielski i jak się okazało ochroniarze zatrudniani w Niemczech nie umieją się nim posługiwać. Łamaną angielszczyzną próbował wyjaśnić nam, że nie wolno tego rozwieszać, bo to zasłania stopnie, na które oni muszą swobodnie wchodzić w razie jak trzeba kogoś wyciągnąć z tłumu. No cóż, z wielkim żalem schowaliśmy flagę FK z powrotem do plecaka, na szczęście mieliśmy ze sobą także drugą, małą biało-czerwoną, która towarzyszyła nam w Berlinie. Małe przepychanki najwyraźniej nie spodobały się też blondynie. Zacząłem jej tłumaczyć, że nie rozumiem co mówi, a ona na to (po niemiecku): 'Dobrze wiesz co do ciebie mówię'. To zacząłem jej tłumaczyć skąd jesteśmy. Oczywiście adekwatnie do jej poziomu inteligencji: "Poland! East from here!" (wskazując palcem w prawo) - chyba jednak nadal nie rozumiała. Dałem sobie więc spokój.

Tymczasem w hali zaczęło się robić coraz bardziej nieznośnie. Wszyscy dookoła radośnie sączyli browarki i palili papierosy, co spowodowało, że w krótkim czasie w całym pomieszczeniu powstała stylowa mgiełka. Wentylacji jakby nie było. Podczas tego czekania było kilka chwil zwątpień. Arkapa blady wisiał na barierce, a nasz ochroniarz (wyglądający jak Jaś Fasola na sterydach) aż zrobił współczującą minę. Nie do wiary, że te osiłki mają jakieś uczucia.

W końcu na scenie pojawił się jedyny support - Godsmack. Przyznam szczerze, że to była pierwsza moja styczność z tym zespołem. Szybko okazało się, że to jak na razie najbardziej udany support jaki miałem okazji podziwiać (przypomnę, że wcześniej byli to: Disturbed - w Berlinie, oraz Alien Ant Farm i Datsuns w Grafen). Piosenki może niezbyt zróżnicowane (bolączka wielu młodych zespołów), ale dobrze brzmiące no i członkowie zespołu normalnie wyglądali i się zachowywali (a to była aluzja odpowiednio do: całego Slipknot i basisty z AAF). W szczególny sposób moją uwagę przykuł perkusista. Nie oszczędzał się i podczas jednej piosenki wykonywał takie fajne gesty, że on się w tym wszystkim nie pogubił, mi by się ręce poplątały :P.

Pewna taka monotonia piosenek została nam wkrótce wynagrodzona i to z nawiązką! Po którymś tam utworze wokalista schował się za olbrzymią płachtą, zza której po chwili wyjechał cały multi-zestaw perkusyjny! Perkusja podjechała tak, że ustawiła się naprzeciw perkusisty (tego właściwego) i zaczął się blisko 20-minutowy pojedynek pełen rozmaitych solówek i dialogów perkusyjnych. Coś fenomenalnego! Wokalista udowodnił, że jest nie jest gorszy na bębnach od własnego perkusisty. Było to niezwykle widowiskowe - co prawda pomysł niezbyt oryginalny (podobne rzeczy, ale raczej na zasadzie żartów, robiła Metallica w 91-92), ale realizja absolutnie fenomenalna! Obaj pałkarze popisywali się wyrzucając pałeczki wysoko na kilka metrów i łapiąc je. Po jakimś czasie wokaliście przestało to wychodzić i wkurzony rzucił felerną pałeczkę w naszą stronę! Kijasek wylądował na wspomnianym stopniu tuż przed słynną blondyną. Gdy ta już po niego sięgnęła stwierdziłem, że to moje i wyrwałem jej brutalnie zdobycz ze szponów. W końcu, kto tu jest perkusistą. A poza tym ona jest głupia.

Druga pałeczka poleciała gdzieś daleko w tłum. Wokalista stał przez chwilę na krawędzi sceny by upewnić się że wpadła w czyjeś ręce. Okazało się, że kawałek drewna z napisem 'Godsmack' spadł na ziemię i nikt nie wyraził chęci podniesienia go. Zdrzaźniony wokalista kazał podnieść zgubę. Ktoś się wreszcie zlitował i podniósł. Chyba wolałby czarnego aluminiowego AHEADA :).

Godsmack dzięki temu wielkiemu drum solo pozostawił po sobie bardzo dobre wrażenie. Gdy zeszli ze sceny, rzucili się na nią techniczni Metalliki, a z głośników zaczęły leniwie dobiegać hity AC/DC... Zaczęło się ostateczne odliczanie!

W międzyczasie nie nudziliśmy się - bawiliśmy się w Mitcha i CJ pomagając ochroniarzom wynosić nieprzytomnych hannawaldów. Sceny, które mieliśmy okazję oglądać nieraz wręcz wywoływały dreszcze. Jeden chłopak był całkowicie nieprzytomny, inna dziewczyna była zupełnie sztywna, a jej wyprostowane kończyny drgały. Każdy pewnie wtedy pomyślał sobie "Kto będzie następny? Może ja?". Tak jak już wspomniałem, były chwile zwątpienia, ale stawka była zbyt wysoka. Przerobiliśmy więc ochroniarzy na kelnerów i co jakiś czas prosiliśmy by przynosili nam zimną wodę (bo ta którą mieliśmy to już były ciepłe kluski). Bez tego zapewne dołączylibyśmy do grona nieprzytomnych. W pewnym momencie ArkapA zaczął jeść batona - myślałem, że zwymiotuję.

Nagle stało się coś niespodziewanego - dokładnie przed nami zebrała się grupka ochroniarzy trzymając w ręku setlistę!!! Rzuciłem się przed blondynę by ją zobaczyć zza ramienia ochroniarza - co oczywiście wywołało u niej tradycyjną lawinę pretensji - i zanim zorientowałem się, jakie głupstwo robię, zdążyłem wyczytać, że trzecim i czwartym utworami będą odpowiednio: Seek oraz... Sanitarium. Nici z Fade'a. Na początku poczułem lekki zawód, ale po chwili pomyślałem, że to przecież koncert Metki i będzie 18 innych zajebistych kawałków! A Fade... no cóż, to następnym razem :).

Wreszcie z kolumn zaczęło dobiegać 'It's A Long To The Top'. Tylko my i garstka ludków w hali wydarliśmy się gdyż wiedzieliśmy, co to oznacza - to już ostatni kawałek z taśmy, jaki przyjdzie nam usłyszeć tego wieczoru. Reszta muzy będzie już grana na żywo przez Metallikę. Oczywiście nie było w tym ani drobiny przesady - po chwili światła zgasły i rozbrzmiało Ecstasy of Gold. Znów te zajebiste ciarki.



Z racji zajmowanej przez nas pozycji już podczas Ecstasy widzieliśmy w głębi w cieniu Roba przygotowującego się do występu. Zaczęliśmy do niego machać i krzyczeć, ale on był bardzo skoncentrowany na masażu :). I zgodnie z moimi przewidywaniami po XTC poszło intro do Battery. Ludzie szaleją. I słusznie - świetny kawałek na rozgrzewkę, chociaż to już trzeci raz, mógłby dla odmiany polecieć Blackened. Ale długo nad tym nie myślałem - jak pojawił się za perką Lars wszystko przestało się liczyć - była tylko Metallica! Po chwili James spokojnym krokiem zaczął wychodzić na scenę - po bokach Rob i Kirk i zaczął się raj!!!

Dzięki temu że miejsce pod sceną, podobnie jak w Grafen, było odgrodzone z ograniczoną liczbą ludzi, nie było żadnego ścisku a'la Berlin. Full swobody, nikt nie pcha, nikt nie poguje, nie przewraca ludzi - wszyscy się bawią i przeżywają to, co się dzieje na scenie. Marzy mi się aby ludzie podobnie zachowywali się w naszym cudownym kraju, ale tak zapewnie nie będzie jeszcze przez dziesiątki, a może setki lat, dopóki gatunek ludzki nie wyginie. Ale pozostawmy te filozoficzne dywagacje i wróćmy do gigu. James zaczyna śpiewać pierwszą zwrotkę i drę się na maxa, już po chwili mam lekko zdarte gardło. Rob przed nami szaleje, ciągniemy flagę w górę ale on zbyt zajęty. Kończy się pierwszy refren wszyscy wykrzykują równo "BA-TE-REJ!" i pierwsze krótkie solo Kirka - podczas którego przechodzi na lewą stronę sceny. My unosimy flagę do góry i drzemy się do niego, Kirk nas zauważa, kiwa głową i uśmiecha się szeroko - a my dostajemy takiego kopa, o jakim nam się nie śniło.



Kończy się Battery i chwila napięcia... Co będzie następne? Baliśmy się, by nie był to Fuel, grany dosyć często na tej trasie jako drugi kawałek. Brak Fade'a został nam wynagrodzony... Lars nabija rytm i rozbrzmiewa The Four Horsemen! Radości nie było końca, wykrzykiwanie z Jamesem "The horsemen are drawing nearer, on the leather steeds they ride" to przeżycie nie do opisania. Fajnie też wychodzą na żywca te wstawki kiedy James i Rob wykrzykują naprzemian "DIE! DIE!", powiew świeżości w klasyku Czterech Jeźdźców. W pewnym momencie James podchodzi do lewej części sceny, flaga w górę, James się do nas uśmiecha i puszcza oko! Drugi orgazm zaliczony.

Po Horsemen chwila odpoczynku - coś się dzieje, jakiejś jajca, James zabiera pałeczkę Larsowi i rzucą przed siebie do publiki. Pałeczka jednak nie osiąga swojego destination i ląduje pod barierkami. Chamski ochroniarz widząc jak tłum szaleńczo wyciąga po nią ręce robi bardzo mądrą rzecz - i wkopuje ją chamsko pod zasłonę. Fani absolutnie oburzeni wołają Jamesa. Ten widząc, co się dzieje podchodzi do krawędzi sceny i pokazując palcem na ochroniarza każe mu oddać fanom pałeczkę - co ten bez dyskusji wykonuje... Tego nie trzeba komentować, absolutnie fenomenalne zachowanie Jamesa i nieodpowiednie ze strony ochroniarza. Ale to, jacy Misiowe są zajebiści dla swoich fanów udowodnili podczas tego gigu jeszcze kilka razy.

Nie ma jednak czasu na myślenie nad tym, jaki to James jest zajebisty - Lars syczy hihatem i panowie Jaymz & Kirk zaczynają kroić znany wszystkim riff do Seek and Destroy. Znakomita okazja, aby jeszcze bardziej zedrzeć sobie gardło. Lars równo pocina na swojej zielonej TAMIE - nie oszczędza się ani trochę. James podchodzi do lewego mikrofonu, dzięki czemu mamy okazję podziwiać go z mniejszej odległości. Następnie chwila odpoczynku i zgodnie z "rozporządzeniem" zaczyna się klimatyczne Sanitarium. Zdumiewająca gra świateł idealnie zgrana z muzyką tworzy niesamowity nastrój. Pełne emocji balladowe zwrotki zaśpiewane przez Jamesa i ostra jak przecinak końcówka nie pozostawiają wśród publiczności nikogo suchego.

To co się dzieje dalej powoduje opad szczęki. Ponieważ przed nami stoi już inny ochroniarz niż wcześniej, podejmujemy kolejną desperacką próbę rozwieszenia flagi Overkilla. Przyjaźnie nastawieni Niemcy pomogli nam ją rozciągnąć na całą szerokość (nawet blondyna współpracowała! co wprawiło mnie w osłupienie). Chłopaki akurat jammowali przed Frantikiem. James stał przy głównym mikrofonie i oczywiście zauważył naszą flagę. Pokazał na nią palcem i powiedział coś do mikrofonu, czego jednak nie zrozumieliśmy do końca bo wszyscy klaskali - Ronnie jednak twierdzi że powiedział mniej więcej coś w stylu: "Good thing" (może jak wreszcie pojawi się boot uda się to rozszyfrować). Tak czy inaczej - Overkill zauważony przez chłopaków na koncercie! Niestety po chwili przyszedł jakiś koleś z backstage'u i kazał zwinąć flagę, ale wisiała przez całego Frantika! A sam Frantik... mniam, miód, ten riff absolutnie taranuje na żywca, brzmi po prostu obłędnie i ma w sobie potężny ładunek mocy. Świetny kawałek na koncerty, co tu dużo mówić.

Po Frantiku nadszedł czas na premierę (dla nas) - kolejny kawałek z St. Anger na żywo - Dirty Window. Lars nabija rytm, zaczyna się intro, podczas którego James rytmicznie wrzeszczy do mikrofonu "DIR-TY-WIN-DOW", oczywiście po chwili cała hala podchwytuje i Erfurt krzyczy ze swoim guru. Po czym idzie riff-otwieracz. Trzeba przyznać, że kawałek na żywo świetnie sobie radzi! Ma w sobie potężnego kopa. Świetnie też wychodzą melodyjne partie 'Uu I'm judge and I'm jury...' - cała ludność wówczas klaszcze w łapki. No i moment, w którym James wykrzykuje "PROJECTOR!", niesamowicie heavy moment, parada kontrastów, świetne połączenie.

Potem chwila jakby odpoczynku - mniej lubiany przeze mnie Sad But True. Jak zwykle na początku James śpiewa acapella prowokując całą publikę - która żywo reaguje i za chwilę Larsisko nabija i zaczyna się taki taran że wgniotło nas pod ziemię na kilka metrów. O rany co za ciężki kawałek. Rob znakomicie wizualizuje tą potęgę - stawiając mocne kroki w rytm utworu - to trzeba zobaczyć, wrażenie jakby przez nami był wielki potwór który chce nas zdeptać jak mrówki.



Po Sadzie przychodzi moment koncertu, na który osobiście najbardziej czekałem. Mieliśmy ogromne szczęście mogąc usłyszeć The Unnamed Feeling na żywo - później okazało się, że chłopaki przestali go grać, na stałe zastępując go Dirty Window. Moim zdaniem Unnamed to jeden z najbardziej głębokich, emocjonalnych kawałków Metalliki i w moim prywatnym rankingu jest na drugim miejscu, zaraz za Fade'm. Nie potrafię słowami opisać tego co czułem gdy się zaczęło. Wykrzykiwałem razem z Jamesem po kolei wszystkie słowa, a to, co się działo w środku mnie jest nie do zdefiniowania. Jednak apogeum tego nieopisanego uczucia (unnamed feeling?) nastąpiło podczas partii 'Get the fuck out of...' - tym bardziej, że James podszedł znów do lewego mikrofonu! Jego mimika, gestykulacja... Widać było, że przeżywa to co śpiewa, a ja to przeżywałem razem z nim, niesamowite uczucie. Istny obłęd.

Potem jednak odrobina rozluźnienia i porządna dawka czadu - rozpoczęło się Creeping Death! Idealny kawałek do wyrzucenia z siebie wszystkich negatywnych emocji uzbieranych od ostatniego gigu :). No i oczywiście tradycyjnie wydłużona partia z "dajowaniem"... Zaczęło jednak pomalutku brakować sił - chyba za dużo ich straciłem podczas Unnamed. Jednak było warto :).



Chłopaki jednak nie dali nam ani chwili wytchnienia - po Creepie zaczęło się intro do One, a do oznacza zatykanie uszu i odwracanie głowy w celu nie ogłuchnięcia tudzież oślepnięcia. Po blisko 2 minutach klimatycznego popisu wybuchów i eksplozji rozbrzmiała łagodna gitarka... Tylko jeden czerwony reflektor skierowany na Jamesa, niesamowity nastrój... Podchodzi do mikrofonu i zaczyna śpiewać... Bardzo łagodnie, melodyjnie. Końcówka utworu to jednak prawdziwa rzeź z efektami stroboskopowymi, których w trosce o mój mocno popsuty wzrok postanowiłem nie oglądać. Oczywiście byliśmy też już przygotowani na 'landmine', które jak tak pieprznie niespodziewanie to może wysadzić ludzika pod sam sufit. I co by ludzi ostatecznie wykończyć, z głośników zaczęło napływać intro do Blackened. Chyba nie trzeba mówić co to oznacza! Istne apogeum rzezi. Resztkami sił wykrzykuję 'FIRE! to begin whipping dance of the death! Blackened is THE END!!!'. Kawałek dobiega końca, Lars serwuje solo na perce, Kirk pocina solo na gitarze. Wreszcie gitary milkną - James żegna się z publiką, światła gasną, jeźdźcy umykają naszym oczom gdzieś za sceną. Dostajemy kilka minut na złapanie oddechu i odpoczynek. Wszak wiadomo, że to jeszcze nie koniec!

Misiowe długo nie każą na siebie czekać i już po chwili pojawiają się z powrotem serwując wygłodniałym fanom Harvestera. Świetny moment na ten kawałek - idealny na ponowne rozruszanie ludzi. Szkoda, że pod barierkami skakanie wychodzi dosyć mizernie, ale można czachą powymachiwać. Oczywiście nie trzeba mówić że brzmi to cholernie ciężko. Dlatego po chwili chłopaki serwują Nothinga - ale zanim to następuje, Kirk i Lars tradycyjnie już zaczynają się trochę bawić zamieniając się instrumentami. Lars chwali się postępami w nauce gry na gitarze i po fragmentach Nothinga i Am I Evil? pokazuje nam riff do Smoke on the Water. Całość wywołuje banana na twarzach wszystkich zgromadzonych, ale po chwili przychodzi James i zabawa się kończy - zaczyna się Nothing, a cały Erfurt kołysze się w romantycznym rytmie. Człowiek odruchowo rozgląda się za jakąś babką, ale pod ręką tylko ta chamska blondyna i spocony Arkapa, więc już wolę się sam kołysać...

Dosyć jednak sentymentów. S-S-S-S-CZ! CZ CZ CZ!!! - czyli Władca Marionetek nadciąga. We wszystkich nagle odżyły resztki energii i odśpiewaliśmy kultowy numer naszych idoli tak jak to przystoi. O akustycznej partii z harmoniami nie wspominając... To już piękna tradycja (zeszłoroczna heheh) i godnie odstawiona przez cały zgromadzony lud. Master nie zostawia na nikim suchej nitki, a chłopaki znów znikają gdzieś w głębi sceny...

Wszyscy już wiemy co będzie następne - długi, szybki, energiczny St. Anger. Sił już brak. Potrzebowaliśmy jakiegoś kopa. I jak na życzenie - oto nagle przed nami pojawia się nie kto inny jak Niclas, którego nie bacząc na nic zaczęliśmy wołać. Ten to obrócił się w naszym kierunku i widząc polską flagę i nasze rozhisteryzowane facjaty uśmiechnął się jedynie pojednawczo i cyknął nam fotkę, którą możecie podziwiać poniżej:



Podziękowaliśmy Niclasowi gestem ręki i oddaliśmy się orgazmicznemu śpiewaniu St. Angera, bo Niclas dał nam takiego kopa jak Kirk na samym początku. A jednak gdzieś te siły jeszcze w nas tkwiły! Wszyscy zapomnieliśmy o zmęczeniu, było tylko "Feel my world shhhhake" i złowieszcze "I'M MADLY IN ANGER WITH YOU!!!". Po Angerze bez niespodzianek - obowiązkowy w tym miejscu Sandman, czyli dobry kawałek na wesołe podtańcowywanie i podśpiewywanie. Bardziej się jednak nastawialiśmy na dwa ostatnie bisy - które tradycyjnie były jedną wielką niespodzianką - i temu by trochę sił na nie zostało.



Ronnie chciał Hit the Lights. Xyma Am I Evil?. Ja bym z chęcią usłyszał Commando. Zanim jednak rozbrzmiały bisy usłyszeliśmy coś nietypowego - ktoś gra na perce, ale nie to nie Lars! Okazało się, że wzięli na scenę chłopaczka, który miał ze sobą wielki transparent, na którym było napisane: "LARS! PLEASE LET ME PLAY ON YOUR DRUMS!!!". Lars spełnił życzenie chłopaka. Nastolatek strzelił kilkuminutową solówę zapodając równy rytm za dwie stopy, trochę się pomerdał w tym wszystkim, ale biorąc pod uwagę fakt że patrzyło na niego kilka tysięcy erfurtowian - ba, co tam oni, przede wszystkim patrzyli na niego Horsemeni, można mu to wybaczyć. Po solówce Lars podszedł do niego i zrobili "misia", chłopak dostał pałeczki a Niclas będący na miejscu strzelił pamiątkowę fotkę. Ten chłopak z pewnością będzie o tym opowiadał swoim wnukom...





A potem zestaw bisów z którego wszyscy byliśmy zadowoleni - na dobry początek So What, zaraz po nim Lars gra rytm na werblu i ja już wiem że to będzie Motorbreath. Każdy zużywa resztki sił ile tylko może. Wreszcie muza ucichła, wszystkie reflektory zaświeciły się i zaczęło się żegnanie z fanami. Z wielkiego rzucania kostek udało się Arkapie złapać jedną i Ronniemu. A właściwie to Ronnie ma tą kostkę dzięki mnie bo przytrzymałem go kiedy w całości wychylił się za barierkę żeby podnieść jedną z podłogi :). Apogeum szczęścia nastąpiło jednak chwilę później - Lars podszedł do naszego rogu i rzucał pałeczki... Niestety żadna nie poleciała w naszym kierunku, i gdy już z pustymi rękoma odchodził, my darliśmy się ile sił w gardłach "LARS! LARS!!!" licząc że ten usłyszy... I rzeczywiście, w ostatnim momencie Lars usłyszał nas, odwrócił się, a my flaga do góry. Duńczyk gestem pokazuje, aby rzucić ją mu na scenę, więc bohaterski Ronnie zwija naszą biało-czerwoną szmatę i rzuca... Ale zupełnie nie w tym kierunku, w którym powinien. Flaga ląduje na głowie jakiejś dziewuchy stojącej wśród fanów po naszej prawej stronie. Lars uśmiecha się kwaśno, ale dobry ochroniarz tym razem nam pomógł i podał mu ją (tzn. flagę, nie dziewczynę). Ten zaś wziął ją i... położył na swojej perkusji. ZGON.

Wyczerpani, ale szczęśliwi udawaliśmy się powolnym krokiem ku wyjściu. W holu na ziemi leżały tysiące rozdeptanych plastikowych kubeczków i błoto. To był zdecydowanie najlepszy koncert Metalliki, w którym dane mi było uczestniczyć. Kapitalna setlista, docenienie naszego trudu wyjazdu na koncert ulubionej kapeli do innego kraju, fantastyczne zachowanie na koniec Larsa i generalnie mnóstwo pozytywnej energii stawiają Erfurt ponad Grafen, a nawet Berlinem.

Życzę Wam wszystkich takich samych emocji na gigu w Chorzowie. Do zobaczenia 31 maja na Stadionie Śląskim.

PS. Specjalne pozdrowienia dla Ronniego - prawdziwego metallifukkera z krwi i kości. You rocks, man!

autor: Kot

<center>Chcesz posłuchać jak ów chłopiec grał ? -
Drum Junior solo <center>

Waszym zdaniem
komentarzy: 0
Tylko zalogowani użytkownicy mogą dodawać komentarze.
Nikt nie skomentował newsa.
OVERKILL.pl © 2000 - 2024
KOD: Marcin Nowak