W
I
Ę
C
E
J

«

N
E
W
S
Ó
W
Promocja 72 Seasons: Artykuł z czerwcowego Metal Hammera
dodane 08.07.2023 14:53:21 przez: Marios
wyświetleń: 2084
W kioskach i salonach prasowych od jakiegoś czasu do kupienia jest lipcowy numer polskiego miesięcznika Metal Hammer, więc to całkiem dobry moment by przypomnieć sobie danie główne z wydania czerwcowego. A tam? Na okładkę trafiła oczywiście Metallica, a na czterech stronach znalazło się to i owo w temacie 72 Seasons. Dlaczego kwietniowa premiera albumu trafiła na łamy Metal Hammera dopiero w czerwcu? Redaktor naczelny, Darek Świtała, rozwiał wątpliwości w zgrzycie: Przed poprzednim deadlinem nie dotarła do nas nowa muzyka Metalliki. Podjąłem więc decyzję, że przesuwamy temat okładkowy o miesiąc. Dlatego z „72 Seasons” mierzymy się dopiero teraz. I chyba dobrze, bo opadły pierwsze emocje i można z pewnego dystansu spojrzeć na ten album. Przedłużamy więc świętowanie premiery najnowszego dzieła Metalliki przynajmniej do kinowej uczty z Teksasu, która w dwóch odsłonach już w sierpniu.





tekst: Maciej Krzywiński
Foto: Universal


Zawsze jest tak samo. Stare dziady powtarzają ze źle udawanym znudzeniem, że to już nie to samo, że Metallica od dawna jest wypruta z sił i pomysłów. Młokosy, których nie było na świecie, gdy ukazywały się najważniejsze albumy zespołu, utrzymują natomiast z pełnym przekonaniem, że najcudowniej to było w epoce Cliffa Burtona. No, może wczesnego Jasona Newsteda. Tak oto boomer zbija pionę z millenialsem. Jednych i drugich łączy zamiłowanie do najbardziej czerstwego żartu okołomuzycznego: Metallica skończyła się na Kill 'Em All. Ale zawsze jest tak samo, bo ilekroć ukazuje się kolejny album kwartetu to i tak wzbija się na szczyty list bestsellerów, a oczy i uszy całego świata zwrócone są na Hetfielda, Ulricha, Hammetta i Trujillo. Tym razem różnica polega na tym, że mogło się wydawać, że Metallica rzeczywiście się kończy, choć od premiery Kill 'Em All upływa właśnie czterdzieści lat.

Ale po kolei. Już wiosną 2019 roku Robert Trujillo opowiadał, że pomysły przeznaczone na jedenasty album długogrający zespołu zaczęły się kształtować: Mamy w trasie taką strefę, którą nazywamy Pokojem Strojenia. Możemy tam poimprowizować i rozgrzewać się przed koncertami. To właśnie tam rzucamy nowe pomysły. To może być zaledwie kilka sekund nowej muzyki, ale wszystko jest nagrywane, zawsze. No i oczywiście każdy wpada też na pomysły w domu. Basista nie raczył doprecyzować, czy taka troska o rejestrację i archiwizację pomysłów była reakcją na niefrasobliwość Kirka Hammetta, który w 2015 roku zostawił w duńskiej taksówce telefon, na którym zgromadził prawie trzysta riffów gitarowych. W efekcie chłop nie wprowadził na Hardwired… To Self-Destruct żadnego swojego kawałka. Ciekawe swoją drogą, czy po takim incydencie pewien kierowca z Kopenhagi założył zespół rockowy… W każdym razie cztery lata temu mogło się wydawać, że Metallica przełamie w końcu trend, który w ostatnich trzech dekadach rozdmuchiwał przerwy pomiędzy studyjnymi albumami zespołu do co najmniej pięciu lat (dystans dzielący Load i ReLoad można pominąć, bo te płyty są owocem jednej sesji). Dobrze wróżył na dodatek brak rozpraszaczy, czyli dodatkowych przedsięwzięć, które kwartet z takim umiłowaniem wciskał pomiędzy regularne płyty. Nie zapowiadało się na materiał z przeróbkami, na kolejne Lulu - tego pewnie nikt sobie akurat nie życzył - ani na film w typie Through the Never. Jasne, pojawiła się druga część S&M, ale wypada uznać tę inicjatywę jedynie za epizod. Wyglądało na to, że droga do nowej muzyki była odkorkowana, a taką intuicję podsycały kolejne wypowiedzi Trujillo: Wszyscy zaklinamy się, że chcemy skończyć wcześniej niż później. Jak wcześnie? Nie wiem. Koncertujemy bez przerwy. Już od dwóch lat ciurkiem. W końcu dotrzemy do punktu, w którym będziemy musieli zrobić sobie przerwę. Dobrze powiedziane: musieć zrobić sobie przerwę. Z akcentem na „musieć”.

Pamiętacie Some Kind of Monster? Nie, nie trzeci kawałek z przeklinanego przez wielu albumu St. Anger, tylko tak samo zatytułowany film dokumentalny o bolesnej drodze do narodzin tej płyty? Jeśli pamiętacie, to zdajecie sobie doskonale sprawę, że nie był to typowy obraz z serii: weszlim do studia, polepilim riffy, pośpiewalim, oto nasza nowa muzyka. To była kronika dezintegracji i nabrzmiewającego konfliktu. Kronika jego eskalacji na ambicjonalnych frontach, ale również kronika zmagań Jamesa z demonem alkoholizmu. Chociaż nie, to nie jest trafione sformułowanie — w Some Kind of Monster niewiele jest o uzależnieniu, sporo jest natomiast o tym, jak terapia odcisnęła się na dynamice relacji Hetfielda z zespołem, a w szczególności z Larsem. Gdy okazało się, że wokalista nie jest dla kapeli na wyłączność, gdy postanowił zawalczyć o siebie, niewysoki Duńczyk bywał na szczytach frustracji. Kilkanaście lat później, kiedy Metallica coraz poważniej myślała już o materiale, którym ostatecznie okazał się 72 Seasons, demon powrócił.

We wrześniu 2019 roku grupa była w przededniu trasy po Australii i Nowej Zelandii, gdzie miała odbyć się kolejna seria koncertów promujących trzyletni już wówczas album Hardwired... to Self-Destruct. Kapela wystosowała jednak oświadczenie następującej treści: Jak większość z was prawdopodobnie wie, nasz brat James przez wiele lat zmagał się z uzależnieniem. Teraz niestety musi ponownie rozpocząć program leczenia, by wrócić do zdrowia. Mamy zamiar wrócić do waszej części świata tak szybko, jak tylko zdrowie i terminy pozwolą. Jesteśmy zdewastowani, że przysporzyliśmy wielu z was kłopotów, w szczególności naszym najbardziej lojalnym fanom, którzy często pokonują olbrzymie odległości, by doświadczyć naszych koncertów.

Wtedy mogło się jeszcze wydawać, że trasa zostanie tylko przełożona o kilka miesięcy. Ale w marcu 2020 roku rozpoczął się triumfalny marsz wirusa SARS-CoV-2 przez świat. Wrażenia z 2020 roku, z wczesnej wiosny 2020... Dla mnie to był czas kolejnego odrodzenia. Docierało do mnie, że potrzebuję pomocy. Wyjechałem na odwyk, ponownie zatrzymałem niektóre aktywności zespołu, by zadbać o swoje zdrowie psychiczne. To było priorytetem, chociaż chcę pozostawać w ruchu i pozwalać kapeli iść naprzód z dala od kłopotów. Musiałem jednak załatwić swoje sprawy - wspominał James w rozmowie ze Steffanem Chirazim, która ukazała się w Metallikowym fanzinie So What!. Naprawdę trudno jest zarezerwować czas dla siebie, kiedy w twoim życiu dzieje się tak wiele. Trudno doprowadzić się przynajmniej do takiego punktu, w którym czujesz, że chociaż funkcjonujesz. Nie było mi łatwo nie dopuszczać do siebie reszty świata. Ale później oczywiście przyszła pandemia. Chciałbym użyć odpowiednich słów, ponieważ pandemia dla wielu ludzi okazała się czymś absolutnie potwornym, ale mi w jakiś przedziwny sposób przyniosła promyk nadziei. Mogłem przyhamować i poświęcić czas, by zająć się moimi potrzebami.





Choć alkoholizm nie jest chorobą uleczalną, to jednak po kilku miesiącach od wznowienia terapii James zdołał doprowadzić się do względnego porządku. Zamrożony serią lockdownów świat pozostawiał mu jednak - i pozostałym członkom zespołu oczywiście również - niezbyt wiele możliwości. Trasy koncertowe z oczywistych powodów nie wchodziły w grę. Ruszyła za to seria MetallicaMondays, w ramach której zespół udostępniał w każdy najgorszy dzień tygodnia zapis któregoś ze swoich koncertów z przeszłości w streamingu. Dzięki temu można było zapoznać się z rodzynkami takimi jak chociażby występ z kalifornijskiego Mountain View z dwudziestego drugiego lipca 1994 roku - warto rzucić okiem tylko po to, by na przykładzie Jamesa nauczyć się, czego nigdy, ale to przenigdy, nie powinniśmy pozwalać fryzjerom robić z naszymi włosami. Poza kąpielą w archiwaliach zespół nagrał również akustyczną wersję Blackened, przy czym muzycy pracowali w swoich domowych studiach, nie w jednym pomieszczeniu.

Poza tym czasu było jednak pod dostatkiem. A, jak wiadomo, od nadmiaru wolnego czasu ludziom mogą przychodzić do głów głupkowate pomysły. Ten sięga zbyt często po flaszkę, tamten nagrywa Lulu... Metallica podjęła jednak najrozsądniejszą z decyzji - zainwestowała w nową muzykę. Tak, przestój podczas pandemii, strach przed odpowiedzią na pytanie: co to dla nas oznacza - wspominał wokalista. I tak mieliśmy napisać materiał na album. Pandemia położyła kres wszystkim trasom. Miałem przeczucie, że branża rozrywkowa zrobi sobie wolne, a co w takiej sytuacji zrobić z całym tym czasem spędzanym w domu? Pisać. To było banalnie proste. No więc pisałem, pracowałem na własną rękę. Co do chłopaków... Koronawirus z pewnością wystraszył wielu ludzi. Niektórzy członkowie zespołu - ci, którzy mieszkają w wielkich miastach - zostali dotknięci o wiele bardziej ode mnie. Ja mieszkam pośrodku niczego, w górskiej dolinie. Zaraza nie miała aż takiego wpływu na życie w górach. Mogłem wychodzić na zewnątrz, spotykać się z kilkoma ludźmi, w towarzystwie których czułem się komfortowo. Mogłem się udać na pieszą wycieczkę, a przynajmniej wyjść przed dom. Wiem, że Lars miał o wiele trudniej w San Francisco - mieście dotkniętym przez lockdown i strach. Ludzie umierali, nikt nie chciał ryzykować życiem, co doskonałe rozumiem. Ja nie odczuwałem aż tak ograniczeń. Poza tym i tak mam tendencję, by buntować się przeciwko strachowi przed światem. Własne łęki i tak tworzę z wielką łatwością!





O tym, że James ceni sobie więź z przyrodą, można było wnioskować już w 1996 roku po pierwszych kilkunastu sekundach wideoklipu do Mama Said, gdzie w wielkomiejskim krajobrazie wyglądał w swoim kowbojskim kapeluszu na co najmniej zdezorientowanego. Z drugiej strony, gdyby naprawdę cenił Matkę Naturę, to by raczej nie strzelał do łosi w ramach pielęgnowania najbardziej frajerskiego hobby świata - myślistwa. Na szczęście Hetfield sięgał nie tylko po dwururkę, ale i po gitarę. Zespół rockowy to jednak jeszcze jedna gitara, basówka i perkusja. Jak wzbudzić interakcję pomiędzy obsługującymi je instrumentalistami, skoro wirus kazał ludziom utrzymywać dystans? Oczywiście w sukurs przyszła technologia. Nie, nie od razu ChatGPT, któremu Lars mógłby wydać polecenie: „Weź skomponuj najlepsze kawałki Metalliki od czasów Czarnej”. Nie wątpię, że pyskaty Duńczyk nie miałby oporów, by tak zrobić, ale wiosną 2020 roku narzędzie jeszcze nie było powszechnie dostępne. Pomógł natomiast Zoom. Naprawdę nabrał tempa - zachwalał platformę Hetfield. I dzięki Bogu, bo mieliśmy szansę utrzymać łączność. Łączność w czasie kwarantanny. Nawet jeśli nie byłeś chory, to się kryłeś. Próbowaliśmy wykombinować, jak posługiwać się Zoomem, jak moglibyśmy spotkać się za pomocą takiego medium. Ja się trochę irytowałem i wkurzałem. Wiecie co? Pierdolić to. Co pozwoliłoby zespołowi znów się połączyć? Zrobiliśmy akustyczne wersje kilku utworów. Dlaczego by nie wziąć kawałka i się z nim nie zabawić? Wziąłem Blackened, a w końcu pogrzebałem w jeszcze kilku piosenkach, ale to właśnie Blackened okazał się tym czymś. Sam nie wiem, po prostu ten utwór zaskoczył, więc powiedziałem chłopakom: Oto wyzwanie. Coś wam prześlę. Dodajcie swoje pomysły. Jesteście muzykami. Przyjmijmy wyzwanie izolacji i wróćmy do tego, co robimy najlepiej. Zrzuciłem swoje pomysły na kilka ścieżek, wysłałem je do Grega Fidelmana, naszego producenta. On przekazał to chłopakom z zespołu. Powiedziałem im: Dodajcie cokolwiek, co przyjdzie wam do głów. Pobawmy się tym, nie rozgryzajcie tego, nie słuchajcie w nieskończoność, tylko to poczujcie. L tak oto Blackened stał się początkiem naszego twórczego przepływu w trybie online.

Nie wiem, czy wiecie, ale w wielu korporacjach toczy się gorąca dyskusja o tym, czy wobec zelżenia pandemii ściągać pracowników biurowych do siedzib firm, czy jednak pozwolić im pracować z domów. Oba warianty mają zarówno zdecydowanych zwolenników jak i zażartych przeciwników. Tradycjonaliści wśród kadry zarządzającej lubią powtarzać, że efektywny - za przeproszeniem - zasób ludzki to taki, któremu uważnie patrzy się na ręce. Bardziej postępowi twierdzą natomiast, że z niewolnika nie ma pracownika, a robota z domu ma zdrowy wpływ na tak zwany work-life balance. Po zrzuceniu branżowego żargonu chodzi o to, że nie kisisz się godzinę w korkach w drodze do biura... A straconego czasu nie zrekompensuje żaden owocowy czwartek. Natomiast interakcje międzyludzkie może zapewnić nie tylko niezobowiązująca gadka przy ekspresie, ale i coraz bardziej zaawansowane cyfrowe narzędzia komunikacji, chociażby wspomniany Zoom. Który ma również tę niepodważalną zaletę, że jeśli któryś z uczestników spotkania nie może przestać gadać, to zawsze można go wyciszyć. Co ciekawe, zdalna forma współpracy pozwoliła Metallice dać wszystkim głos, nie wyciszać. W efekcie wiodła ku większej niż w przeszłości demokratyzacji procesu twórczego. Oddajmy głos Jamesowi: Przez lata panowała niepisana zasada, że ja i Lars robimy wszystko, nie włączamy pozostałych. Chciałem więc otworzyć drzwi do kreatywności przed pozostałymi i dać im do dyspozycji mikrofon może nawet głośniejszy, niż by chcieli. Chciałem wyrzucić to z siebie i powiedzieć: „Róbcie to, co czujecie, że chcecie zrobić.To dlatego jesteśmy w zespole”. I myślę, że drzwi rzeczywiście otworzyły się przed Kirkiem i Robem, by dodawali więcej pomysłów.

Oczywiście Ulrich i Hetfield nie wycofali się z ról liderów zespołu, ale w narracji Jamesa być może jest ziarnko prawdy. W końcu na Hardwired... to Self-Destruct Hammett nie dorzucił się do żadnego utworu, a Trujillo do zaledwie jednego, podczas gdy na 72 Seasons Kirk współtworzył cztery utwory, a Rob - trzy. Co ciekawe, to właśnie basista - najmłodszy stażem członek zespołu - również identyfikuje swoją istotną rolę w zainicjowaniu procesu twórczego, który skończył się siedemdziesięcioma siedmioma minutami muzyki z 72 Seasons.

O ile James miał stworzyć zachętami do modyfikowania Blackened sprzyjającą kreacji atmosferę, o tyle Trujillo przeszedł od słów do czynów i... napisał numer, który na płytę nie wszedł. Ja i Lars odbyliśmy rozmowę po zrobieniu akustycznej wersji Blackened. Żeby było jasne: to James wywołał akcję, kiedy przesłał nam ten numer. To pomogło przywrócić nasze domowe studia do życia! Później Lars zaufał mi, że podejmę próbę przygotowania akustycznej wersji The Day That Never Comes. Nie wiem, czy go zawiodłem, ale to nie doszło do skutku - ten dzień nigdy nie nadszedł, bo przygotowałem naprędce własny utwór, który nie miał nic wspólnego z akustyczną interpretacją The Day That Never Comes. Ten mój kawałek nie wszedł na płytę, więc nie szukajcie go. Prawdę mówiąc, nie wydaje mi się, by miał w ogóle być przeznaczony na płytę. On miał za zadanie wyrazić pogląd: Jebać to, bądźmy twórczy, skoncentrujmy się na nowych pomysłach, nowej muzyce, nowej płycie. Pokazałem rzecz Larsowi i widziałem, że musiał to przemyśleć. Myślę, że radość sprawiała mu myśl o muzyce, nawet gdyby miały to być cudze kawałki. W końcu do mnie oddzwonił i stwierdził, że pójdzie moim śladem, i zaproponował, byśmy zaczęli pracować nad nową muzyką.





James Hetfield skończy w tym roku sześćdziesiąt lat. Nie będzie więc przesadą powiedzieć, że to już pan w mocno średnim wieku. Zdjęcia wokalisty z ostatnich kilkunastu miesięcy po raz pierwszy pozwalają powiedzieć o nim: metalowy dziadzio... Nich nie zwiodą was kowbojki ani kapelusz - ten kowboj ma już wysoki przebieg, na dodatek jest po licznych przejściach. Potyczki z demonami własnej psychiki, uzależnienia, ostatnio pozew rozwodowy, który najprawdopodobniej położy kres trwającemu ćwierćwiecze małżeństwu z Francescą. Ale 72 Seasons to nie jest album o kryzysie zaawansowanego wieku średniego. To album o pierwszych osiemnastu latach życia, o tytułowych siedemdziesięciu dwóch porach roku. Początkowy pomysł dotyczył siedemdziesięciu dwóch pór smutku, ale odpuściłem ten smutek, bo pierwsze osiemnaście lat życia to nie tylko to uczucie. Mamy skłonność, by skupiać się na tym wymiarze w dorosłym życiu: Muszę poradzić sobie z całym gównem, które poszło źle, kiedy byłem dzieciakiem. Ale były również wspaniałe sprawy. Każdy ma swoją wersję siedemdziesięciu dwóch pór i ich znaczenia dla naszej bieżącej kondycji. Posiadanie dzieci z pewnością pomaga zrozumieć dzieciństwo i to, przez co przeszli twoi rodzice. Pozwala zrozumieć zwłaszcza ten drugi aspekt. Wiesz, ja jako rodzic miewam chwile w stylu: no proszę, dajcie spokój, jestem tylko człowiekiem. Ale kiedy jesteś dzieciakiem, widzisz rodziców jako bogów. Oni nie mogą się mylić. A kiedy dorastasz, myślisz: Przykro mi, że stawiałem was na piedestale, uznawałem was za bogów i obwiniałem was za to i tamto, ale wy też byliście tylko ludźmi. Dawaliście z siebie wszystko i pracowaliście z pomocą narzędzi, którymi wyposażyli was wasi rodzice. Nie możesz zmienić swojego dzieciństwa, ale możesz zmienić jego postrzeganie i percepcję tego, co ono dla ciebie znaczy teraz.

Dzieciństwo Jamesa z pewnością nie należało do najłatwiejszych. Rodzice rozwiedli się, gdy miał trzynaście lat. Jako wyznawcy Stowarzyszenia Chrześcijańskiej Nauki występowali przeciwko medycynie, wychodząc z założenia, że Bóg jest jedynym, który może i powinien leczyć choroby i dolegliwości. Przekonań takich matka Jamesa, Cynthia, nie porzuciła w trakcie zmagań z nowotworem. Zmarła, gdy jej syn miał szesnaście lat. Trzy lata później Hetfield odpowiedział na ogłoszenie Larsa Ulricha zamieszczone w magazynie The Recycler. Reszta jest historią, która wciąż trwa. Czy tę historię pisze człowiek wciąż pokiereszowany swoimi pierwszymi siedemdziesięcioma dwoma kwartałami? Zdaję sobie sprawę, że te części mnie, które chciałbym zmienić, wymagają wkładu pracy. Ale zdobyłem tę świadomość, i jeśli są elementy, których zmienić nie potrafię, to jest to poza mną. Lecz obwinianie moich rodziców za to wszystko musi się skończyć. Bo mam zdolność podejmowania własnych wyborów. Wiele w tym psychologii, mogę myśleć na ten temat zbyt intensywnie, ale czy pierwszych osiemnaście lat kształtuje twoją prawdziwą czy fałszywą tożsamość? Czy jestem w stanie się zmienić czy jednak nie? To pytanie na całe życie.

Metallica oczywiście nie skończyła się na Kill 'Em All, ale James przeszedł cholernie długą drogę od wkurwionego na świat młokosa do reflektującego nad swoją tożsamością sześćdziesięciolatka. Nawet jeśli jego włosy już dawno straciły długość, a jakiś czas temu pokryły się srebrem, to jednak zespół wydaje się, mimo wszystkich turbulencji, być nieczułym na upływ czasu. Co do obaw innych ludzi o przyszłość Metalliki, nie czuję odpowiedzialności za tych ludzi. Czuję natomiast, że jestem odpowiedzialny za to, co sam mogę zrobić. Może to egoizm myśleć, że jest tak wielu ludzi, którzy ufają, że album Metalliki pozwoli im przetrwać rok, czy jakoś tak, ale rozumiem, że to ludziom pomaga - mówi wokalista.

I jest tych ludzi od cholery. 72 Seasons zadebiutowała na wysokich, niejednokrotnie najwyższych pozycjach list bestsellerów w całym cywilizowanym świecie. A trasa, nie mam co do tego wątpliwości, będzie kolejnym kasowym sukcesem. W Polsce kwartet zagra piątego i siódmego lipca przyszłego roku na Stadionie Narodowym. Będzie oklaskiwany nie tylko przez osiemnastolatków.




---


Darek Świtała & Arek Lerch – dwugłosem o 72 Seasons:


Darek Świtała: Już ten kolor piżdżący z okładki mówi wszystko: jesteśmy Metallica, możemy wszystko, możemy wydać płytę z żółtą okładką i co nam zrobicie?
Arek Lerch: Nic nie zrobimy, bo tak samo jak Metallica nic już nie musimy. Swoje miejsce w historii mają, kolejne pokolenia będą odkrywać Ride the Lighting, mema „Metallica skończyła się na Kill 'Em All nikt im nie odbierze. Mogą nawet nagrać „różowy album”... choć nie, to miejsce jest zajęte przez Sunbather Deafheaven. Tak czy inaczej, „są” Metallicą. A my możemy tłumaczyć sobie ich obecną formę, albo wspinać na wyżyny złośliwości.

DŚ: Nie jestem wielkim fanem Metalliki, ale śledzę na bieżąco dokonania zespołu od czasu ...And Justice For All - czyli od momentu, gdy naprawdę zaczął rosnąć w siłę - i muszę przyznać, że 72 Seasons to album, który ma coś, czego zabrakło na kilku ostatnich płytach - ma emocje i wywołuje emocje.
AL: Pozostaje pytanie, jakie emocje wywołuje; czytając komentarze i recenzje - są to emocje skrajne. Od - o dziwo - zachwytów, po bezkompromisowe „piłowanie” i obrażanie. Też jakimś die hard fanem Mety nie jestem, stoję sobie z boku i nie opowiadam się po żadnej z tych stron. Choć zdecydowanie serce zostawiłem w latach 80.

DŚ: Chwytałem się za głowę, gdy tu i ówdzie pojawiały się wypowiedzi, że riffy na ten album napisała Metallice Al! Bo przecież od otwierającego album utworu tytułowego, słychać riff, który po prostu zostaje w głowie i jest to klasyczny patent Metalliki. Takich -naprawdę zajebistych riffów - jest tu sporo.
AL: I tu dochodzimy do głównego problemu - nie riffy i ewentualny ich autor są problemem. Nieważne, czy pisał je James czy sztab psychiatrów albo komputer, ważne, kto dopuścił do tego, że wałkują te riffy tak namiętnie, że psują cały efekt. Nie pierwszy raz głównym grzechem czterech jeźdźców jest wszechobecny nadmiar.

DŚ: Mam na tej płycie aż trzy ulubione numery: sabbathowy You Must Burn! (takiego riffu inspirowanego Tonym Iommim Metallica jeszcze nie miała w swoim repertuarze, a na tym albumie jest jeszcze jeden taki utwór - Inamorata), rzucający na kolana, potężny If Darkness Had A Son i absolutnie powalający, z orientalnymi motywami, Crown Of Barbed Wire, w którym dzieje się tyle, że można by tym obdarować dwie inne kompozycje.
AL: Właśnie, dotykasz sedna sprawy, a w zasadzie problemu, jaki mam z płytą. Riffy powtarzane nie wiadomo jak długo, repetycja motywów, upychanie za dużej ilości pomysłów na centymetr kwadratowy kompozycji: gdyby zespół doznał olśnienia, wywalił z 4 numery, poskracał pozostałe kawałki i stworzył zwarty, powiedzmy, 40-minutowy materiał, mogłyby się wydarzyć cuda. No, może nie cuda, ale przestałby być takim, hmm, kreskówkowym zespołem. Bo tak dzisiaj podchodzi się do Mety - jak do kreskówki z Kaczorem Donaldem. Ciepły sentyment nie jest przecież sztyletem wbitym w plecy...

DŚ: Po kilku tygodniach obcowania z „Żółtym” albumem absolutnie nie przeszkadza mi już to, że utwory są długie. No bo jeśli coś mi się podoba, to jak może się dłużyć? Poza tym - w tych utworach jest sporo do odkrywania, czasem znajdujemy coś nowego nawet za którymś tam przesłuchaniem.
AL: Cóż, nie zgodzę się. Wolę niedosyt w sytuacji odkrywania miażdżących pomysłów niż przesyt, który najlepsze dzieło zabić potrafi. Tak jest z „Żółtkiem” - pierwsze minuty spoko, a potem gorzej. To moim zdaniem zabija jakiekolwiek pozytywne wrażenia. Pozostaje wyświechtane tłumaczenie, że przecież mogą wszystko, tronu nikt im nie zabierze a stadiony zawsze będą pełne.

DŚ: Inamorata, jedenastominutowa koda zamykająca album, ma służyć tutaj za balladę. Jest tu jednak miejsce i na (kolejny) sabbathowy riff ale też i zabawę z ciszą w środku utworu no i porywającą solówkę Kirka Hammetta.
AL: Dla mnie ten album, podobnie jak poprzednik, to są takie bicze szkockie - jedna rzecz cieszy a zaraz za nią pojawia się irytacja. Są fajne, plastyczne (pal sześć czy bardziej thrashowe czy raczej hard rockowe) riffy, trafi się ciekawe solo. Jest wreszcie James w fenomenalnej formie wokalnej. A zaraz potem pojawia się „stuku - puku” pana Ulricha i od razu zaczynam sobie wyobrażać, co zrobiłby z tymi kompozycjami perkusista, który zdecydowanie gęściej i z większym pomysłem przebiera kończynami (swoją drogą - warto przypomnieć, że po wydaniu Master of Puppets duet Lars/ Cliff był uznawany za jedną z najbardziej innowacyjnych sekcji rytmicznych na świecie). Zatem - cały czas jestem pomiędzy, ze skłonnością do „nie”.





DŚ: A czy nie jest to trochę tak, że Metallica funkcjonuje trochę w dwóch światach: pierwszy to świat internetowych znawców, którzy po pierwszym przesłuchaniu, byle szybciej, napiszą krytyczną recenzję czy komentarz (to wręcz moda), drugi to po prostu Ci, którzy celebrują muzykę i jest ona dla nich naprawdę ważna?
AL: Ale w takim razie oddalamy się od meritum i zaczynamy zastanawiać się nad zmieniającą się techniką percepcji muzyki. W sensie - czy gdyby „Żółtek” miał premierę w ‘89 roku, miałby zdecydowanie lepszy - bo uważniejszy - odbiór? Nie wiem, czy to dobre podejście. Z jednej strony można powiedzieć, że świetlana przeszłość zespołu rozjaśnia teraźniejszość, z drugiej, uważam, że taryfa ulgowa nie przysługuje. Głównie dlatego, że jest przecież sporo tzw. starych wykonawców, którzy po latach nadal potrafią przywalić tak, że dech zapiera. Bez wymieniania ,nazw.

DŚ: Zakończę odważnie: był „Czarny” album Metalliki, teraz można postawić obok niego „Żółty”. I - wbrew temu co mówią niektórzy — tak, bardzo chcę usłyszeć te numery na żywo!
AL: Problem polega na tym, że „Czarny” jest jednym z kamieni milowych zespołu, oddzielających podziemne, metalowe czasy od etapu czysto komercyjnego, wygenerował kilka hitów, które na trwałe weszły do pop kultury. No i to brzmienie. W przypadku „Czarnej” prostota nie była implikowana starzejącymi się stawami i wywaleniem na ciągłe doskonalenie się tylko pomysłem na nowe otwarcie. Dodajmy - na tamte czasy odważnym. Chyba za wcześnie wyrokować, gdzie 72 Seasons wyląduje. A koncert też chętnie zobaczę. Jeśli będą fajne suporty (śmiech).







Maciej Krzywiński
Darek Świtała
Arek Lerch


Metal Hammer


Waszym zdaniem
komentarzy: 1
Tylko zalogowani użytkownicy mogą dodawać komentarze.
Marios
08.07.2023 22:14:27
O  IP: 213.238.99.172
To ja się do pana Darka dołożę - Inamorata jest tak sabbathowa, że pamiętam, jak po trzech, czterech przesłuchaniach tego utworu zapragnąłem sobie puścić 13 od Balck Sabbath właśnie. Ta płyta funkcjonuje w świecie 10 lat, a właśnie tak odczułem najnowszy zamykacz od Metalliki. Druga sprawa - czy "Żółtą" można postawić obok "Czarnej"... Cóż, innego wyjścia raczej nie ma. Remaster Black Album wyszedł w 2021 roku, więc skoro nic pomiędzy nim a 72 Seasons na płycie nie wyszło (a nie wyszło), to rzeczywiście "Żółtą" fani stawiają na pólkach obok "Czarnej" (wyd. 3CD albo deluxe z winylami). Czego i Wam życzę.
OVERKILL.pl © 2000 - 2024
KOD: Marcin Nowak